CZYM PACHNIE MARKETING? CZYLI O CO CHODZI Z AROMAMARKETINGIEM?

17.10.2014 | 0 komentarze

Większość z nas znudzona jest już oglądaniem reklam oraz słuchaniem komunikatów w nich zawartych. Stąd rozwiązania związane z oddziaływaniem na nasze zmysły dotyku, smaku, czy węchu zaczynają być stosowane na coraz większą skalę. Jednym z narzędzi tzw. marketingu sensorycznego jest aromamarketing, a jego zastosowanie ma udowodnione przełożenie na sprzedaż. Może niektórym trudno w to uwierzyć, ale dobrze dobrane zapachy wywołują emocje, pragnienia i określone skojarzenia, które głęboko i nieinwazyjnie zapadają w pamięci. Tym samym mogą nie tylko wpływać na wzrost sprzedaży, ale wspierać wizerunek firmy i budować trwałe relacje z klientami. 


Image courtesy of graur codrin at FreeDigitalPhotos.net

Powszechnie wiadomo, że aromamarketing stosują sklepy spożywcze, cukiernie i piekarnie. Nie da się obojętnie przejść obok zapachu świeżego pieczywa lub powstrzymać się przed zakupem ciasta czując w powietrzu woń słodkiej drożdżówki. Zdarza się, że w okresie Świąt Bożego Narodzenia rozpyla się zapachy cynamonu, pomarańczy i jabłek. Sklepy stosujące tą metodę skutecznie podnoszą swoją sprzedaż oraz eliminują problem zalegania towaru. 

Urządzenia do aromatyzowania dotychczas głównie wykorzystywane w branży żywieniowej zaczęły być doceniane również w innych sektorach. Już parę lat temu zostały zastosowane przez hotele i lotniska. Dobrze dobrana nuta zapachowa może zmniejszyć napięcie wywołane oczekiwaniem w kolejce lub zrelaksować potencjalnego klienta, który zapomni o trudach życia codziennego. 


Image courtesy of Salvatore Vuono at FreeDigitalPhotos.net

Potencjał tkwiący w zapachach doceniają również liczne apteki, restauracje i hotele. Odpowiednio dobrany zapach potrafi zbudować właściwą dla miejsca atmosferę. Hotel Double Tree by Hilton wita wszystkich gości gorącym ciastkiem czekoladowym, którego aromat unosi się już od samego wejścia. 

To, że grać na naszych zmysłach próbują sklepy nikogo już raczej nie dziwi, ale czy wiedzieliście, że ludzi można kusić nie tylko zapachem jedzenia? Empik w swoich księgarniach wykorzystuje zapach papieru. Aromamarketing jest też coraz częściej spotykany w salonach sprzedaży telefonów komórkowych, czy na stacjach benzynowych. 

Jeszcze inną branżą aktywnie czerpiącą korzyści z tego sposobu oddziaływania na zachowania potencjalnych klientów jest branża developerska. Wśród najczęściej wykorzystywanych zapachów są kawa, wanilia, świeże pieczywo, czy nawet drewno. W ten sposób sprzedawcy chcą u nas wywołać pozytywne skojarzenia z dzieciństwem, ogniskiem domowym. Próbują utwierdzić nas w przekonaniu, że właśnie to mieszkanie, czy dom będzie dla nas idealne i tylko w tym będziemy mogli poczuć się, jak u siebie i zbudować prawdziwą rodzinną atmosferę. Brzmi banalnie, ale w praktyce naprawdę działa. Większość z nas jest nie tyle co sentymentalna, co podatna na skojarzenia z rodzinnym domem. 


Image courtesy of Stuart Miles at FreeDigitalPhotos.net

Aromamarketing, podobnie jak każde narzędzie marketingowe należy stosować rozważnie, by nie odnieść skutku odwrotnego do zamierzonego. Przede wszystkim wybór zapachu nie może być przypadkowy, czy subiektywny, ale dobrany przez projektanta odpowiednio do grupy docelowej, wyglądu miejsca, czy wizerunku firmy. Nie bez znaczenia jest również intensywność zapachu oraz dobór urządzenia go wytwarzającego. Na rynku istnieje już wiele firm, które specjalizują we właściwym doborze zapachów. Zanim, jednak firma zdecyduje się na taką współpracę powinna sobie jasno określić cele i być świadoma swojego wizerunku. 

Aromamarketng wydaje się ciekawym trendem za, którym firmy powinny, moim zdaniem podążać. Jestem przekonana, że to tylko kwestia czasu kiedy stanie się on nieodłącznym elementem identyfikacji firmy czy marki.
Czytaj więcej

KOCHAJ KANARA BO KANAR TO TEŻ CZŁOWIEK

13.10.2014 | 0 komentarze

Kanary są wśród nas. To może być Twój mąż czy żona, brat czy siostra, przyjaciel, czy sąsiad. Dlatego powinniśmy ich nie tylko szanować, ale kochać, za to co robią. Przecież to zwykli ludzie i to nie ich wina, że jak się pojawiają w autobusie, to rośnie nam ciśnienie i zalewa zimny pot. Nie ważne, czy masz bilet, czy nie. Człowiek tak po prostu ma, że jak zobaczy kanara albo usłyszy dźwięk kontrolera, to serce mu szybciej zaczyna bić. Tymczasem kanar to taki miły i życzliwy człowiek, który wykonuje akurat taką pracę, a nie inną. 

Image courtesy of Victor Habbick at FreeDigitalPhotos.net
Tak na pewno uważają pracownicy ZTM, którzy byli pomysłodawcami ostatniej kampanii „Pracuję jako kontroler biletów”. Wyraźnie zależało im na ociepleniu wizerunku tego zawodu. Zastanawiam się tylko po co? Czy kanarowi do pracy jest rzeczywiście potrzebna sympatia ludzi, których kontroluje? Czy naprawdę musimy ich lubić, a może wręcz przeciwnie? Codzienne sytuacje pokazują, że zwykle mandaty otrzymują osoby, które najczęściej kupują bilety, ale tego akurat dnia np. nie zdążyli skasować albo zapomnieli o upływającym terminie ważności. W dużej mierze kasę ZTM zasilają również emeryci i renciści. Natomiast Ci, którzy notorycznie jeżdżą na gapę, mają cały świat w dupie, nie płacą kar, a na pytanie „poproszę bilet” odpowiadają „spierdalaj” czują się bezkarni. Dlaczego? Bo każdy kontroler ma śmiałość podejść do staruszki lub młodej dziewczyny, ale nie każdy do chuligana. A szkoda. 

ZTM zastanawia się, czy kampania odniesie sukces, a ja się cały czas głowię, po co ona jest? Czy niedługo również pojawi się kampania w obronie komorników? Kanarzy nie powinni wzbudzać powszechnej sympatii, ale respekt i umieć egzekwować prawo. W moich oczach urosną dużo bardziej, gdy w końcu zauważę, że biletów wymaga się od każdego bez względu na wzrost i bogactwo językowe. 


Zamiast pokazywać Panią Karolinę jako kochającą mamę dużo lepiej byłoby powiedzieć, że ta filigranowa Pani ma nietypowe hobby i np. czarny pas karate. Kampania powinna nieść komunikat, że wobec kontrolera każdy jest równy i należy się z nim liczyć. Nie masz biletu, to płacisz mandat, a nie pyskujesz, bo ta niepozorna Pani kontroler może być mistrzem w sztukach walki. 

Według danych ZTM tylko w tym roku kanarzy byli atakowani 44 razy przez pasażerów. Szczerze wątpię, że poprzez pokazanie ich jako „miłych” ludzi napaści ustąpią. Wręcz przeciwnie Ci co zwykle zionęli agresją teraz nawet poczują się silniejsi. Oczywiście, w pewnym sensie rozumiem troskę ZTM o swoich pracowników. Myślę jednak, że za 1722 zł zamiast robić kampanię dużo efektywniej byłoby zorganizować podstawowy kurs z samoobrony dla kontrolerów. 




Czytaj więcej

CHCESZ PRZEBIEC MARATON W SUKNI OD VIOLI PIEKUT? #POWIEDZIALAMTAK

8.09.2014 | 0 komentarze

Czy pamiętacie może słynny bieg panien młodych z filmu "Kawaler"? Robi wrażenie, prawda? A czy wyobrażacie sobie taką akcję w realu? Dobra wiadomość jest, że już nie musicie testować swojej wyobraźni, bo o to szykuje się pierwszy w Polsce bieg w sukniach ślubnych. Organizatorem jest TLC.

Image courtesy of arztsmui / FreeDigitalPhotos.net
Jesteś już po ślubie? A może dopiero marzysz o białej sukni? To bez znaczenia. Ja się zdecydowałam, bo lubię łączyć przyjemne z pożytecznym. W tym biegu może wziąć udział każda z nas bez względu na wiek, poglądy, czy status cywilny. Chodzi przede wszystkim o dobrą zabawę i szczytny cel. Biegniemy nie tylko dla przyjemności, czy spalonych kalorii, ale również dla Julii Torli, podopiecznej Fundacji Dzieciom "Zdążyć z pomocą."

Nie wiem jak Wy, ale ja już zaczęłam intensywny trening przed finalnym starciem 14 września w Parku Agrykola. W końcu 500 metrów w sukience z welonem, to nie lada wyczyn :) Z tego, co wiem Joanna Jabłczyńska też już zaczęła przygotowania, bo taka okazja trafia się tylko raz. Dla sukienki projektu Violi Piekut warto. Sukienki jej autorstwa trafiły już do 30 dziewczyn, które jako pierwsze zarejestrowały swój udział w biegu. Ale dla pozostałych dziewczyn też nic straconego. Organizatorzy biegu przygotowali dla Was nie tylko strefę piękna pod patronatem Li Parie, warsztaty florystyczne z polskimi mistrzami Piotrem Sekundą i Zygmuntem Sieradzanem, ale również wielką wyprzedaż aż 500 sukien ślubnych i wieczorowych Violi Piekut. Uwaga , ceny będą zaczynać się już od 59 zł

Źródło: materiały reklamowe TLC
Dodatkowo w ślubnym miasteczku czeka mnóstwo atrakcji. Będzie można nie tylko poznać tajniki odpowiedniego doboru bielizny, czy zrobić sobie trendy makijaż, ale dostać wskazówki od ekspertów z Weding Planning Aspire na temat organizacji niezapomnianego wesela.

Kompleksowa organizacja wesela, biżuteria Apart, tort według swojego pomysłu, kosmetyki Douglas, czy bielizna Li Parie, to tylko niektóre z nagród, które czekają na najszybsze panny młode.

Zatem dziewczyny nie ma co czekać. Podobnie jak ja załóżcie wygodne buty oraz oryginalną kreację i w drogę. Ja już swój pakiet startowy mam. Teraz pora na Was. Gotowe, do biegu, start! 

Czytaj więcej

PEPSI ZNÓW ATAKUJE CZYLI MIKOŁAJ NA WAKACJACH

1.07.2014 | 0 komentarze

Pepsi zachęca kolejny raz do podjęcia wyzwania smaku dobrze przy tym bawiąc się reklamą porównawczą. W Polsce jednak to narzędzie jeszcze nie jest tak powszechne, jak za oceanem. W przeciwieństwie do Europy, w USA jest ono stosowane na dużą skalę i legalnie już od 1971 roku. Tymczasem w Europie ta forma reklamy nadal nie cieszy się dobrą sławą, a wspomienie w komunikacie reklamowym bezpośredniego konkurenta zwykle wywołuje duży niesmak u marketerów. Nie da się jednak ukryć, że żadna tego typu kampania nie przechodzi niezauważona. Dlatego na tą grę sytuacyjną zwykle pozwalają sobie największe marki. Słynny pojedynek firm telekomunikacyjnych MCI i AT&T, McDonald's kontra Burger King, czy Coca-Cola vs Pepsi to tylko nieliczne przykłady firm, które potrafią umiejętnie znokautować konkurencję jej własną bronią. 


Reklama porównawcza to w wielkim skrócie typ reklamy, w której dana marka (produkt) porównuje się bezpośrednio lub pośrednio z marką (produktem) konkurencyjną. Przykładem tej pierwszej jest chociażby nasza rodzima kampania Plusa, w której Internet LTE Plusa jest porównywany do Neostrady -produktu Orange. Natomiast riposta Orange to przykład reklamy pośredniej, w której bez używania nazwy Plusa jest wyraźnie dane do zrozumienia o jaką konkurencję chodzi. Różnicę w typologii reklamy widać też dobrze na przykładzie proszków Dosia i Ariel. W jednej ze swoich kampanii Ariel wprost zarzucił Dosi fikcyjne oszczędności na praniu. Na, co Dosia odpowiedziała: "Niedawno opublikowano wyniki testów labolatoryjnych, które pokazują skuteczność pewnego drogiego proszku do prania ze skutecznością Dosi."

O ile ta pierwsza forma jest najbardziej agresywna i sugerująca wprost, która marka jest lepsza to zdecydowanie za bardziej efektywną uważam tą drugą, która zwykle bardzo fajnie umie zabawić się formą, a błyskotliwy koncept zamienić w obosieczną broń.


Mimo, że w 2000 roku nowelizacja ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji wprowadziła w Polsce możliwość stosowania reklamy porównawczej, a więc tym samym ją uregulowała prawnie to wciąż ta forma wzbudza wiele kontrowersji. Prawo wciąż pozostawia otwartą furtkę. Może dlatego reklama porównawcza zaliczana jest do ryzykownych działań i tak rzadko możemy jej doświadczyć na rodzimym rynku. Na szczęscie są tacy, którzy doceniają tą formę komunikacji. Z drugiej strony ta forma marketingowa może kusić swoim zasięgiem i siłą przekazu. O jej sile rażenia świadczą idące w ślad za nią pozwy i sprawy sądowe. Tak też było m.in. w przypadku firmy Pelican, którą pozwał HP po tym jak w 1993 roku opublikowano reklamę, w której była podana informacja, że wkłady Pelicana mają żywotność 10 razy dłuższą niż HP.

Ryzyko jest jednak warte podjęcia, zwłaszcza gdy dzięki rozwojowi reklamy coraz trudniej jest udowodnić jej szkodliwość. Przykładowo Tesco wygrało sprawę w związku z pozwem Lidla w zakresie stosowania reklamy porównawczej w ramach kampanii "Dyskontowe ceny'. Sąd Apelacyjny uznał, że reklama Tesco nie wprowadzała konsumentów w błąd.


Osobiście jestem wielką fanką reklamy porównawczej. Z wielkim zainteresowaniem śledziłam kolejne posunięcia przepychanki Apple i Windows zapoczątkowane serią spotów "Get a Mac". To jaką lawinę komenatrzy i amatorskich przeróbek wywołała ta kampania tylko potwierdza jak skutecznym może być ona narzędziem. Teraz z równie dużym uśmiechem obserwuję rywalizację Coca-Coli z Pepsi i tu przyznaję, że, póki co piłeczka jest po stronie Pepsi. Ostatnia reklama z Mikołajem na wakacjach jest genialna w swej prostocie, a jednocześnie jest ciosem prosto w serce. To zupełnie tak jakby Burger King w swojej reklamie pokazał Ronalda wcinającego ich hamburgera. Bardzo ciekawa jestem jaka będzie na to odpowiedź Coca-Coli.


Inną fajną formą reklamy porównawczej jest tzw. knocking copy, czyli nawiązywanie w reklamie do sloganu konkurenta, najczęściej w ośmieszający sposób. Z pewnością każdy z nas pamięta slogan Avis'a: "Jesteśmy numerem dwa, dlatego bardziej się staramy". Bardzo umiejętnie wykorzystał go Hertz pytając w reklamie: "Czy zastanawiałeś się dlaczego numer dwa jest ciągle numerem dwa?"

Do polskiej historii reklamy powinien przejść też pojedynek Orange i Plusa. Dla tych co już zapomnieli przypominam, że walkę rozpoczął Plus tworząc reklamę z udziałem Baśki, która opuszcza chłopaka i wybiera Internet Plusa, który jest szybszy od Neostrady. Oczywiście, Orange nie pozostał bierny i wyzwał Plusa na pojedynek zarówno w sądzie jak za pośrednictwem reklamy. W zasadzie ciężko mi określić, kto został ostatecznym zwycięzcą tej rozgrywki. Czy ona się właściwie skończyła? Jedno jest pewne. Obie marki wzmocniły swój wizerunek i zostawiły konkurencję na szarym końcu. Nic dziwnego, że T-Mobile pokusiło się o równie przebiegłe posunięcie w stosunku do Play. W końcu Prokop i Mozil nigdy nie słynęli z wierności. Zwłaszcza Prokop "lubi dupy dawać" i bynajmniej nie za grosze.

Czytaj więcej

NAJBARDZIEJ MOKRE I KECZUPOWE BARBECUE EVER CZYLI HEINZ URBAN BBQ

29.06.2014 | 0 komentarze

W tym roku lato nas nie rozpieszcza.Tymbardziej imprezy plenerowe, to niezłe wyzwanie, o czym przekonała się niedawno marka ketchupu Heinz. Ulewa dała nieźle popalić organizatorom miejskiego barbecue, których przed wtopą nie ocalił nawet Charlie z "MasterChefa". 


28 czerwca w Temacie Rzeka przy moście Poniatowskiego odbyła się impreza pod nazwą Urban BBQ, której sponsorem był producent ketchupu Heinz.W mediach informacja głosiła, że impreza odbędzie się przy moście, a w praktyce niestety wyszło pod nim. Wspólne grillowanie przerwała ogromna ulewa i w efekcie większość osób przeniosło się pod most. Prognozy pogody na ten dzień nie były żadną tajemnicą, a mimo to organizatorzy nie zadbali o przygotowanie zadaszenia, czy chociażby namiotu. Nie wierzę, że były to koszty nie przełknięcia przez markę ketchupu nr 1 na świecie. Od początku, jednak miałam wrażenie, że impreza jest z kategorii low cost. Kilka leżaków i kocy to groszowa sprawa, a mimo że tłumów nie było, to nie każdy miał gdzie usiąść. Gigantyne grille Broil King super sprawa, ale też świetna reklama dla producenta, więc tu chyba znów nie trzeba było się mega wykosztować. Formuła bring your own meat niby fajna, ale zdecydowanie impreza zyskała by na wartości, gdyby były również degustacje albo bezpłatne kiełbaski. 

W końcu ani kiełbaski ani chleb to nie są drogie rzeczy. Stawianie stoiska oferującego kurczaka, w tej samej cenie co na mieście z tą różnicą, że jeszcze trzeba go sobie samemu przygotować raczej świadczy o braku szacunku dla uczestników. 

Bardzo fajnie, że na imprezie pojawił się grillujący Charles Daigneault, znany m.in. z polskiego "MasterChefa". Szkoda, tylko że przyćmiło go dwóch raperów, a jego potencjał nie został do końca wykorzystany. Zabrakło oryginalnego show i interakcji. 

Najsłabsze chyba jednak w tym wszystkim była ignoracja organizatorów w stosunku do pogody. Doprawdy podziwiałam zaangażowanie hostess, które w strugach deszczu również pobiegły pod most by obdarować ludzi gratisem w postaci ketchupu jednak niesmak pozostał. 

Może więc na przyszłość byłoby warto obejrzeć prognozę pogody, a zamiast zatrudniania raperów, czy uczestnika programu "MasterChef" zainwestować w komfort uczestników. Wówczas impreza ma szansę obronić się sama. W końcu w grillowaniu chodzi głównie o dobrą zabawę na świeżym powietrzu. 








Czytaj więcej

WARSZAWSKI KURZ KLEJNOWSKIEJ #WARSAWDUST

26.05.2014 | 0 komentarze

Czy Warszawa kojarzy się się tylko z miejskim kurzem i szarością? A może to miasto nas rozwija, pobudza nasz apetyt do działania i okrywania siebie. Poprzez zderzenie z miejską dżunglą każdego dnia uczymy się budować swoją osobowość, czy nie tak? Dla Klejonowskiej szarość stała się podstawą do stworzenia pięciu unikatowych kolorów.


2.05 miałam przyjemność zadebiutować jako modelka na pierwszym pokazie Ilony Klejnowskiej, kobiety, która postanowiła spełnić swoje marzenia. Jej projekty to odpowiedź na potrzeby zabieganych mieszkańców dużych miast, którzy mimo szarości i tempa, które narzuca im metropolia chcą zachować kolory życia.


To kolekcja skierowana zarówno do kobiet, jak i mężczyzn. Stworzone przez Ilonę koszulki, chusty, spódnice i szale pozwolą nam się wyróżnić w tłumie i zaznaczyć swoją indywidualność. Każda rzecz jest ręcznie farbowana, dzięki czemu każdy wzór jest niepowtarzalny. To co łączy wszystkie, to tzw. przysłowiowa szarość oraz swoista surowość i prostota formy. 

Młoda projektantka swoją kolekcją pełną niezwykłych kolorów przełamała stereotyp szarego miasta pełnego podziałów. Stworzone przez nią koszulki i chusty są uniwersalne i mogą być noszone przez każdego bez względu na płeć i wiek.


Osobiście mocno kibicuję mojej koleżance, a noszenie koszulki jej projektu będzie dla mnie zaszczytem. Mam nadzieję, że już wkrótce zaskoczy nas kolejnymi innowacyjnymi projektami i udowodni kolejny raz, że do świata mody może wejść każdy kto tylko ma coś ciekawego do powiedzenia w tej materii. 
Kolekcja dostępna jest m.in.w sklepie internetowym.

Udanych zakupów !
Czytaj więcej

POWSTANIE WARSZAWSKIE - PODWÓRKOWA ZABAWA CZY AKT BOHATERSTWA?

21.05.2014 | 0 komentarze

Genialny! Chciałam rzec po wyjściu z kina, ale to za mało. To jeden z tych polskich filmów, który zachwyca swoją szczerością. Nikogo i niczego nie gloryfikuje. To jeden z tych filmów, który mimo, że boli chcesz oglądać dalej. To jeden z tych filmów, który zasługuje na Oscara. Efekt, który uzyskali jego twórcy, to coś więcej niż sztuka czy dokument. To film, który sprawia, że już nigdy więcej nie spojrzymy na Powstańców w ten sam sposób. To już nie są bohaterowie, ale nasi koledzy i sąsiedzi. Ten film bez zbędnego patosu pokazuje, że Powstańcy to byli tacy ludzie jak my, zwyczajne chłopaki i dziewczyny. To ludzie wchodzący w dorosłość i mający swoje troski i radości podobne do tych, które przeżywa przeciętny nastolatek. 


Oglądając ten film ciężko oprzeć się wrażeniu, że Powstanie Warszawskie to nie świetnie przemyślana walka, ale krwawa podwórkowa zabawa w wojnę. Czy 10-12 letniego chłopca z karabinem domowej produkcji można nazwać żołnierzem? A szpitalem grupkę gospodyń domowych i ich córki, które szyją opatrunki z prześcieradeł? Po wyjściu z sali w otoczeniu ciszy człowiek zaczyna zadawać sobie wiele pytań m.in. co ma w sobie ten film i dlaczego tak ciężko powstrzymać wzruszenie? Odpowiedź jest prosta - kolor i prawdę. Pierwszy raz można zobaczyć autentyczne nagrania w kolorze sklejone fabułą, przez co mamy wrażenie, że właśnie oglądamy kolejną hollywoodzką produkcję. Tym razem, jednak nie widzimy aktora grającego daną postać tylko ją samą oraz prawdziwy i szczery aż do bólu obraz ginącej Warszawy. 

To film dla każdego bez względu na jego stosunek do Powstania Warszawskiego. Powstańców można, bowiem pokochać nie za ich bohaterstwo, czy wolę walki, ale za ich zaradność i optymizm. Mimo codziennych bombardowań i towarzyszącej im na każdym kroku śmierci próbowali prowadzić na pozór normalne i radosne życie. Dziewczęta dbały o schludny wygląd i wymyślne fryzury, a chłopcy starali się zachować sportową sylwetkę i dobre maniery Chodzili do kina, grali w piłkę, bawili się i umawiali na randki. Z ich twarzy nie promieniuje ból i smutek, ale młodzieńcza radość mimo wielkiego zagubienia. Ta sama, której brakuje nie jednemu Warszawiakowi, mimo że nie musi każdego dnia walczyć o przeżycie.

Czytaj więcej

EUROWIZJA CZYLI CYCKI VS WURST

14.05.2014 | 0 komentarze

Nie śmiejcie się z kobiety z brodą. Zapytajcie się raczej, gdzie były cycki i dlaczego przegrały z Wurstem. Myślałam, że na Eurowizji już nic nie może mnie zaskoczyć i, że z każdym rokiem ten event nie tylko traci na jakości, ale też atrakcyjności, a jednak. 


Od jakiegoś czasu nie oglądam już Eurowizij i średnio mnie interesuje, kto i co tam śpiewa. Kiedy, jednak usłyszałam o Conchita Wurst - mężczyźnie, który wygląda jak kobieta, ale nią nie jest i w dodatku ma brodę coś mnie olśniło. Już się przyzwyczaiłam do tzw. europejskiej poprawności i tolerancji w jednym, która jest tak wielka, że aż przerosła samą siebie, a w wielu przypadkach straciła rację bytu. Po tym jak kiedyś wybory miss wygrał transwestyta szczerze nie zdziwił mnie wizerunek austriackiego artysty. Za to rozczarowały mnie polskie reakcje. Niby jesteśmy w tej Europie, niby chcemy być nowocześni i otwarci jak to głosi najnowszy spot Platformy Obywatelskiej, a jednak nadal trzyma się nas stereotypowe, a czasem nawet zaściankowe myślenie. To przykre, że cała uwaga została skupiona na wyglądzie Conchity zamiast na jego wokale. Przecież Eurowizja to konkurs piosenki, a nie kreacji. Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że nasze społeczeństwo nie potrafiło albo nie chciało docenić umiejętności głosowych artysty. Tymczasem udowodnił on swoim występem, że nie jest żadnym przebierańcem jak go kreowały media, ale bardzo wrażliwym i utalentowanym artystą. Po jego występie nie miałam wątpliwości, że to jemu należy się zwycięstwo. Szkoda, że nie odwiedziłam żadnego bukmachera.. 


Facet ma naprawdę świetny głos i idealnie wpisał się w klimat Konkursu. Większość jednak pewnie myśli, że nagrodę dostał w imię wyższych wartości i europejskiej tolerancji oraz walki ze stereotypami. Pewnie dużo jest w tym prawdy. Nie od dziś wiadomo, że Eurowizja to trochę taki festyn. Jego początki były wielkie. Przyświecał mu prestiż i międzynarodowy klimat. Z drugiej strony nie był on czysty od polityki. Z czasem jednak jego poziom spadał, a kolejne edycje udowadniały, że nie liczy się na nim talent, narodowość, ale wielki budżet, melodyjność i efektowne show. 

Polska reprezentacja w postaci Cleo i Donatana miała szansę wykazać się jak żaden inny nasz reprezentant. Tymczasem jak dla mnie nie wykorzystali danej im szansy. Większość Polaków zachwyca się ich występem. Mówi się nawet, że to jeden z najlepszych w polskiej historii. Szczerze nie rozumiem tych opinii. Mieliśmy wygrać cyckami, a mi ich jakoś tam zabrakło. Występ był pozbawiony zarówno seksapilu jak i energii. Asystujące Cleo dziewczyny bujały się jak staruszki pod warzywniakiem. I ja się pytam - gdzie ta słowiańska krew? Bo na scenie jakoś się nie polała. Chyba już więcej werwy miały babeczki z zespołu Jarzębina. Myślcie co chcecie. Nie znam się albo słaba jest ze mnie patriotka. Ja uważam, że Polska znów dała ciała, a umalowany Jezus - Conchita Wurst był super i odczepcie sie od niego. 
Czytaj więcej