CZYM PACHNIE MARKETING? CZYLI O CO CHODZI Z AROMAMARKETINGIEM?

17.10.2014 | 0 komentarze

Większość z nas znudzona jest już oglądaniem reklam oraz słuchaniem komunikatów w nich zawartych. Stąd rozwiązania związane z oddziaływaniem na nasze zmysły dotyku, smaku, czy węchu zaczynają być stosowane na coraz większą skalę. Jednym z narzędzi tzw. marketingu sensorycznego jest aromamarketing, a jego zastosowanie ma udowodnione przełożenie na sprzedaż. Może niektórym trudno w to uwierzyć, ale dobrze dobrane zapachy wywołują emocje, pragnienia i określone skojarzenia, które głęboko i nieinwazyjnie zapadają w pamięci. Tym samym mogą nie tylko wpływać na wzrost sprzedaży, ale wspierać wizerunek firmy i budować trwałe relacje z klientami. 


Image courtesy of graur codrin at FreeDigitalPhotos.net

Powszechnie wiadomo, że aromamarketing stosują sklepy spożywcze, cukiernie i piekarnie. Nie da się obojętnie przejść obok zapachu świeżego pieczywa lub powstrzymać się przed zakupem ciasta czując w powietrzu woń słodkiej drożdżówki. Zdarza się, że w okresie Świąt Bożego Narodzenia rozpyla się zapachy cynamonu, pomarańczy i jabłek. Sklepy stosujące tą metodę skutecznie podnoszą swoją sprzedaż oraz eliminują problem zalegania towaru. 

Urządzenia do aromatyzowania dotychczas głównie wykorzystywane w branży żywieniowej zaczęły być doceniane również w innych sektorach. Już parę lat temu zostały zastosowane przez hotele i lotniska. Dobrze dobrana nuta zapachowa może zmniejszyć napięcie wywołane oczekiwaniem w kolejce lub zrelaksować potencjalnego klienta, który zapomni o trudach życia codziennego. 


Image courtesy of Salvatore Vuono at FreeDigitalPhotos.net

Potencjał tkwiący w zapachach doceniają również liczne apteki, restauracje i hotele. Odpowiednio dobrany zapach potrafi zbudować właściwą dla miejsca atmosferę. Hotel Double Tree by Hilton wita wszystkich gości gorącym ciastkiem czekoladowym, którego aromat unosi się już od samego wejścia. 

To, że grać na naszych zmysłach próbują sklepy nikogo już raczej nie dziwi, ale czy wiedzieliście, że ludzi można kusić nie tylko zapachem jedzenia? Empik w swoich księgarniach wykorzystuje zapach papieru. Aromamarketing jest też coraz częściej spotykany w salonach sprzedaży telefonów komórkowych, czy na stacjach benzynowych. 

Jeszcze inną branżą aktywnie czerpiącą korzyści z tego sposobu oddziaływania na zachowania potencjalnych klientów jest branża developerska. Wśród najczęściej wykorzystywanych zapachów są kawa, wanilia, świeże pieczywo, czy nawet drewno. W ten sposób sprzedawcy chcą u nas wywołać pozytywne skojarzenia z dzieciństwem, ogniskiem domowym. Próbują utwierdzić nas w przekonaniu, że właśnie to mieszkanie, czy dom będzie dla nas idealne i tylko w tym będziemy mogli poczuć się, jak u siebie i zbudować prawdziwą rodzinną atmosferę. Brzmi banalnie, ale w praktyce naprawdę działa. Większość z nas jest nie tyle co sentymentalna, co podatna na skojarzenia z rodzinnym domem. 


Image courtesy of Stuart Miles at FreeDigitalPhotos.net

Aromamarketing, podobnie jak każde narzędzie marketingowe należy stosować rozważnie, by nie odnieść skutku odwrotnego do zamierzonego. Przede wszystkim wybór zapachu nie może być przypadkowy, czy subiektywny, ale dobrany przez projektanta odpowiednio do grupy docelowej, wyglądu miejsca, czy wizerunku firmy. Nie bez znaczenia jest również intensywność zapachu oraz dobór urządzenia go wytwarzającego. Na rynku istnieje już wiele firm, które specjalizują we właściwym doborze zapachów. Zanim, jednak firma zdecyduje się na taką współpracę powinna sobie jasno określić cele i być świadoma swojego wizerunku. 

Aromamarketng wydaje się ciekawym trendem za, którym firmy powinny, moim zdaniem podążać. Jestem przekonana, że to tylko kwestia czasu kiedy stanie się on nieodłącznym elementem identyfikacji firmy czy marki.
Czytaj więcej

KOCHAJ KANARA BO KANAR TO TEŻ CZŁOWIEK

13.10.2014 | 0 komentarze

Kanary są wśród nas. To może być Twój mąż czy żona, brat czy siostra, przyjaciel, czy sąsiad. Dlatego powinniśmy ich nie tylko szanować, ale kochać, za to co robią. Przecież to zwykli ludzie i to nie ich wina, że jak się pojawiają w autobusie, to rośnie nam ciśnienie i zalewa zimny pot. Nie ważne, czy masz bilet, czy nie. Człowiek tak po prostu ma, że jak zobaczy kanara albo usłyszy dźwięk kontrolera, to serce mu szybciej zaczyna bić. Tymczasem kanar to taki miły i życzliwy człowiek, który wykonuje akurat taką pracę, a nie inną. 

Image courtesy of Victor Habbick at FreeDigitalPhotos.net
Tak na pewno uważają pracownicy ZTM, którzy byli pomysłodawcami ostatniej kampanii „Pracuję jako kontroler biletów”. Wyraźnie zależało im na ociepleniu wizerunku tego zawodu. Zastanawiam się tylko po co? Czy kanarowi do pracy jest rzeczywiście potrzebna sympatia ludzi, których kontroluje? Czy naprawdę musimy ich lubić, a może wręcz przeciwnie? Codzienne sytuacje pokazują, że zwykle mandaty otrzymują osoby, które najczęściej kupują bilety, ale tego akurat dnia np. nie zdążyli skasować albo zapomnieli o upływającym terminie ważności. W dużej mierze kasę ZTM zasilają również emeryci i renciści. Natomiast Ci, którzy notorycznie jeżdżą na gapę, mają cały świat w dupie, nie płacą kar, a na pytanie „poproszę bilet” odpowiadają „spierdalaj” czują się bezkarni. Dlaczego? Bo każdy kontroler ma śmiałość podejść do staruszki lub młodej dziewczyny, ale nie każdy do chuligana. A szkoda. 

ZTM zastanawia się, czy kampania odniesie sukces, a ja się cały czas głowię, po co ona jest? Czy niedługo również pojawi się kampania w obronie komorników? Kanarzy nie powinni wzbudzać powszechnej sympatii, ale respekt i umieć egzekwować prawo. W moich oczach urosną dużo bardziej, gdy w końcu zauważę, że biletów wymaga się od każdego bez względu na wzrost i bogactwo językowe. 


Zamiast pokazywać Panią Karolinę jako kochającą mamę dużo lepiej byłoby powiedzieć, że ta filigranowa Pani ma nietypowe hobby i np. czarny pas karate. Kampania powinna nieść komunikat, że wobec kontrolera każdy jest równy i należy się z nim liczyć. Nie masz biletu, to płacisz mandat, a nie pyskujesz, bo ta niepozorna Pani kontroler może być mistrzem w sztukach walki. 

Według danych ZTM tylko w tym roku kanarzy byli atakowani 44 razy przez pasażerów. Szczerze wątpię, że poprzez pokazanie ich jako „miłych” ludzi napaści ustąpią. Wręcz przeciwnie Ci co zwykle zionęli agresją teraz nawet poczują się silniejsi. Oczywiście, w pewnym sensie rozumiem troskę ZTM o swoich pracowników. Myślę jednak, że za 1722 zł zamiast robić kampanię dużo efektywniej byłoby zorganizować podstawowy kurs z samoobrony dla kontrolerów. 




Czytaj więcej

CHCESZ PRZEBIEC MARATON W SUKNI OD VIOLI PIEKUT? #POWIEDZIALAMTAK

08.09.2014 | 0 komentarze

Czy pamiętacie może słynny bieg panien młodych z filmu "Kawaler"? Robi wrażenie, prawda? A czy wyobrażacie sobie taką akcję w realu? Dobra wiadomość jest, że już nie musicie testować swojej wyobraźni, bo o to szykuje się pierwszy w Polsce bieg w sukniach ślubnych. Organizatorem jest TLC.

Image courtesy of arztsmui / FreeDigitalPhotos.net
Jesteś już po ślubie? A może dopiero marzysz o białej sukni? To bez znaczenia. Ja się zdecydowałam, bo lubię łączyć przyjemne z pożytecznym. W tym biegu może wziąć udział każda z nas bez względu na wiek, poglądy, czy status cywilny. Chodzi przede wszystkim o dobrą zabawę i szczytny cel. Biegniemy nie tylko dla przyjemności, czy spalonych kalorii, ale również dla Julii Torli, podopiecznej Fundacji Dzieciom "Zdążyć z pomocą."

Nie wiem jak Wy, ale ja już zaczęłam intensywny trening przed finalnym starciem 14 września w Parku Agrykola. W końcu 500 metrów w sukience z welonem, to nie lada wyczyn :) Z tego, co wiem Joanna Jabłczyńska też już zaczęła przygotowania, bo taka okazja trafia się tylko raz. Dla sukienki projektu Violi Piekut warto. Sukienki jej autorstwa trafiły już do 30 dziewczyn, które jako pierwsze zarejestrowały swój udział w biegu. Ale dla pozostałych dziewczyn też nic straconego. Organizatorzy biegu przygotowali dla Was nie tylko strefę piękna pod patronatem Li Parie, warsztaty florystyczne z polskimi mistrzami Piotrem Sekundą i Zygmuntem Sieradzanem, ale również wielką wyprzedaż aż 500 sukien ślubnych i wieczorowych Violi Piekut. Uwaga , ceny będą zaczynać się już od 59 zł

Źródło: materiały reklamowe TLC
Dodatkowo w ślubnym miasteczku czeka mnóstwo atrakcji. Będzie można nie tylko poznać tajniki odpowiedniego doboru bielizny, czy zrobić sobie trendy makijaż, ale dostać wskazówki od ekspertów z Weding Planning Aspire na temat organizacji niezapomnianego wesela.

Kompleksowa organizacja wesela, biżuteria Apart, tort według swojego pomysłu, kosmetyki Douglas, czy bielizna Li Parie, to tylko niektóre z nagród, które czekają na najszybsze panny młode.

Zatem dziewczyny nie ma co czekać. Podobnie jak ja załóżcie wygodne buty oraz oryginalną kreację i w drogę. Ja już swój pakiet startowy mam. Teraz pora na Was. Gotowe, do biegu, start! 

Czytaj więcej

PEPSI ZNÓW ATAKUJE CZYLI MIKOŁAJ NA WAKACJACH

01.07.2014 | 0 komentarze

Pepsi zachęca kolejny raz do podjęcia wyzwania smaku dobrze przy tym bawiąc się reklamą porównawczą. W Polsce jednak to narzędzie jeszcze nie jest tak powszechne, jak za oceanem. W przeciwieństwie do Europy, w USA jest ono stosowane na dużą skalę i legalnie już od 1971 roku. Tymczasem w Europie ta forma reklamy nadal nie cieszy się dobrą sławą, a wspomienie w komunikacie reklamowym bezpośredniego konkurenta zwykle wywołuje duży niesmak u marketerów. Nie da się jednak ukryć, że żadna tego typu kampania nie przechodzi niezauważona. Dlatego na tą grę sytuacyjną zwykle pozwalają sobie największe marki. Słynny pojedynek firm telekomunikacyjnych MCI i AT&T, McDonald's kontra Burger King, czy Coca-Cola vs Pepsi to tylko nieliczne przykłady firm, które potrafią umiejętnie znokautować konkurencję jej własną bronią. 


Reklama porównawcza to w wielkim skrócie typ reklamy, w której dana marka (produkt) porównuje się bezpośrednio lub pośrednio z marką (produktem) konkurencyjną. Przykładem tej pierwszej jest chociażby nasza rodzima kampania Plusa, w której Internet LTE Plusa jest porównywany do Neostrady -produktu Orange. Natomiast riposta Orange to przykład reklamy pośredniej, w której bez używania nazwy Plusa jest wyraźnie dane do zrozumienia o jaką konkurencję chodzi. Różnicę w typologii reklamy widać też dobrze na przykładzie proszków Dosia i Ariel. W jednej ze swoich kampanii Ariel wprost zarzucił Dosi fikcyjne oszczędności na praniu. Na, co Dosia odpowiedziała: "Niedawno opublikowano wyniki testów labolatoryjnych, które pokazują skuteczność pewnego drogiego proszku do prania ze skutecznością Dosi."

O ile ta pierwsza forma jest najbardziej agresywna i sugerująca wprost, która marka jest lepsza to zdecydowanie za bardziej efektywną uważam tą drugą, która zwykle bardzo fajnie umie zabawić się formą, a błyskotliwy koncept zamienić w obosieczną broń.


Mimo, że w 2000 roku nowelizacja ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji wprowadziła w Polsce możliwość stosowania reklamy porównawczej, a więc tym samym ją uregulowała prawnie to wciąż ta forma wzbudza wiele kontrowersji. Prawo wciąż pozostawia otwartą furtkę. Może dlatego reklama porównawcza zaliczana jest do ryzykownych działań i tak rzadko możemy jej doświadczyć na rodzimym rynku. Na szczęscie są tacy, którzy doceniają tą formę komunikacji. Z drugiej strony ta forma marketingowa może kusić swoim zasięgiem i siłą przekazu. O jej sile rażenia świadczą idące w ślad za nią pozwy i sprawy sądowe. Tak też było m.in. w przypadku firmy Pelican, którą pozwał HP po tym jak w 1993 roku opublikowano reklamę, w której była podana informacja, że wkłady Pelicana mają żywotność 10 razy dłuższą niż HP.

Ryzyko jest jednak warte podjęcia, zwłaszcza gdy dzięki rozwojowi reklamy coraz trudniej jest udowodnić jej szkodliwość. Przykładowo Tesco wygrało sprawę w związku z pozwem Lidla w zakresie stosowania reklamy porównawczej w ramach kampanii "Dyskontowe ceny'. Sąd Apelacyjny uznał, że reklama Tesco nie wprowadzała konsumentów w błąd.


Osobiście jestem wielką fanką reklamy porównawczej. Z wielkim zainteresowaniem śledziłam kolejne posunięcia przepychanki Apple i Windows zapoczątkowane serią spotów "Get a Mac". To jaką lawinę komenatrzy i amatorskich przeróbek wywołała ta kampania tylko potwierdza jak skutecznym może być ona narzędziem. Teraz z równie dużym uśmiechem obserwuję rywalizację Coca-Coli z Pepsi i tu przyznaję, że, póki co piłeczka jest po stronie Pepsi. Ostatnia reklama z Mikołajem na wakacjach jest genialna w swej prostocie, a jednocześnie jest ciosem prosto w serce. To zupełnie tak jakby Burger King w swojej reklamie pokazał Ronalda wcinającego ich hamburgera. Bardzo ciekawa jestem jaka będzie na to odpowiedź Coca-Coli.


Inną fajną formą reklamy porównawczej jest tzw. knocking copy, czyli nawiązywanie w reklamie do sloganu konkurenta, najczęściej w ośmieszający sposób. Z pewnością każdy z nas pamięta slogan Avis'a: "Jesteśmy numerem dwa, dlatego bardziej się staramy". Bardzo umiejętnie wykorzystał go Hertz pytając w reklamie: "Czy zastanawiałeś się dlaczego numer dwa jest ciągle numerem dwa?"

Do polskiej historii reklamy powinien przejść też pojedynek Orange i Plusa. Dla tych co już zapomnieli przypominam, że walkę rozpoczął Plus tworząc reklamę z udziałem Baśki, która opuszcza chłopaka i wybiera Internet Plusa, który jest szybszy od Neostrady. Oczywiście, Orange nie pozostał bierny i wyzwał Plusa na pojedynek zarówno w sądzie jak za pośrednictwem reklamy. W zasadzie ciężko mi określić, kto został ostatecznym zwycięzcą tej rozgrywki. Czy ona się właściwie skończyła? Jedno jest pewne. Obie marki wzmocniły swój wizerunek i zostawiły konkurencję na szarym końcu. Nic dziwnego, że T-Mobile pokusiło się o równie przebiegłe posunięcie w stosunku do Play. W końcu Prokop i Mozil nigdy nie słynęli z wierności. Zwłaszcza Prokop "lubi dupy dawać" i bynajmniej nie za grosze.

Czytaj więcej

NAJBARDZIEJ MOKRE I KECZUPOWE BARBECUE EVER CZYLI HEINZ URBAN BBQ

29.06.2014 | 0 komentarze

W tym roku lato nas nie rozpieszcza.Tymbardziej imprezy plenerowe, to niezłe wyzwanie, o czym przekonała się niedawno marka ketchupu Heinz. Ulewa dała nieźle popalić organizatorom miejskiego barbecue, których przed wtopą nie ocalił nawet Charlie z "MasterChefa". 


28 czerwca w Temacie Rzeka przy moście Poniatowskiego odbyła się impreza pod nazwą Urban BBQ, której sponsorem był producent ketchupu Heinz.W mediach informacja głosiła, że impreza odbędzie się przy moście, a w praktyce niestety wyszło pod nim. Wspólne grillowanie przerwała ogromna ulewa i w efekcie większość osób przeniosło się pod most. Prognozy pogody na ten dzień nie były żadną tajemnicą, a mimo to organizatorzy nie zadbali o przygotowanie zadaszenia, czy chociażby namiotu. Nie wierzę, że były to koszty nie przełknięcia przez markę ketchupu nr 1 na świecie. Od początku, jednak miałam wrażenie, że impreza jest z kategorii low cost. Kilka leżaków i kocy to groszowa sprawa, a mimo że tłumów nie było, to nie każdy miał gdzie usiąść. Gigantyne grille Broil King super sprawa, ale też świetna reklama dla producenta, więc tu chyba znów nie trzeba było się mega wykosztować. Formuła bring your own meat niby fajna, ale zdecydowanie impreza zyskała by na wartości, gdyby były również degustacje albo bezpłatne kiełbaski. 

W końcu ani kiełbaski ani chleb to nie są drogie rzeczy. Stawianie stoiska oferującego kurczaka, w tej samej cenie co na mieście z tą różnicą, że jeszcze trzeba go sobie samemu przygotować raczej świadczy o braku szacunku dla uczestników. 

Bardzo fajnie, że na imprezie pojawił się grillujący Charles Daigneault, znany m.in. z polskiego "MasterChefa". Szkoda, tylko że przyćmiło go dwóch raperów, a jego potencjał nie został do końca wykorzystany. Zabrakło oryginalnego show i interakcji. 

Najsłabsze chyba jednak w tym wszystkim była ignoracja organizatorów w stosunku do pogody. Doprawdy podziwiałam zaangażowanie hostess, które w strugach deszczu również pobiegły pod most by obdarować ludzi gratisem w postaci ketchupu jednak niesmak pozostał. 

Może więc na przyszłość byłoby warto obejrzeć prognozę pogody, a zamiast zatrudniania raperów, czy uczestnika programu "MasterChef" zainwestować w komfort uczestników. Wówczas impreza ma szansę obronić się sama. W końcu w grillowaniu chodzi głównie o dobrą zabawę na świeżym powietrzu. 








Czytaj więcej

WARSZAWSKI KURZ KLEJNOWSKIEJ #WARSAWDUST

26.05.2014 | 0 komentarze

Czy Warszawa kojarzy się się tylko z miejskim kurzem i szarością? A może to miasto nas rozwija, pobudza nasz apetyt do działania i okrywania siebie. Poprzez zderzenie z miejską dżunglą każdego dnia uczymy się budować swoją osobowość, czy nie tak? Dla Klejonowskiej szarość stała się podstawą do stworzenia pięciu unikatowych kolorów.


2.05 miałam przyjemność zadebiutować jako modelka na pierwszym pokazie Ilony Klejnowskiej, kobiety, która postanowiła spełnić swoje marzenia. Jej projekty to odpowiedź na potrzeby zabieganych mieszkańców dużych miast, którzy mimo szarości i tempa, które narzuca im metropolia chcą zachować kolory życia.


To kolekcja skierowana zarówno do kobiet, jak i mężczyzn. Stworzone przez Ilonę koszulki, chusty, spódnice i szale pozwolą nam się wyróżnić w tłumie i zaznaczyć swoją indywidualność. Każda rzecz jest ręcznie farbowana, dzięki czemu każdy wzór jest niepowtarzalny. To co łączy wszystkie, to tzw. przysłowiowa szarość oraz swoista surowość i prostota formy. 

Młoda projektantka swoją kolekcją pełną niezwykłych kolorów przełamała stereotyp szarego miasta pełnego podziałów. Stworzone przez nią koszulki i chusty są uniwersalne i mogą być noszone przez każdego bez względu na płeć i wiek.


Osobiście mocno kibicuję mojej koleżance, a noszenie koszulki jej projektu będzie dla mnie zaszczytem. Mam nadzieję, że już wkrótce zaskoczy nas kolejnymi innowacyjnymi projektami i udowodni kolejny raz, że do świata mody może wejść każdy kto tylko ma coś ciekawego do powiedzenia w tej materii. 
Kolekcja dostępna jest m.in.w sklepie internetowym.

Udanych zakupów !
Czytaj więcej

POWSTANIE WARSZAWSKIE - PODWÓRKOWA ZABAWA CZY AKT BOHATERSTWA?

21.05.2014 | 0 komentarze

Genialny! Chciałam rzec po wyjściu z kina, ale to za mało. To jeden z tych polskich filmów, który zachwyca swoją szczerością. Nikogo i niczego nie gloryfikuje. To jeden z tych filmów, który mimo, że boli chcesz oglądać dalej. To jeden z tych filmów, który zasługuje na Oscara. Efekt, który uzyskali jego twórcy, to coś więcej niż sztuka czy dokument. To film, który sprawia, że już nigdy więcej nie spojrzymy na Powstańców w ten sam sposób. To już nie są bohaterowie, ale nasi koledzy i sąsiedzi. Ten film bez zbędnego patosu pokazuje, że Powstańcy to byli tacy ludzie jak my, zwyczajne chłopaki i dziewczyny. To ludzie wchodzący w dorosłość i mający swoje troski i radości podobne do tych, które przeżywa przeciętny nastolatek. 


Oglądając ten film ciężko oprzeć się wrażeniu, że Powstanie Warszawskie to nie świetnie przemyślana walka, ale krwawa podwórkowa zabawa w wojnę. Czy 10-12 letniego chłopca z karabinem domowej produkcji można nazwać żołnierzem? A szpitalem grupkę gospodyń domowych i ich córki, które szyją opatrunki z prześcieradeł? Po wyjściu z sali w otoczeniu ciszy człowiek zaczyna zadawać sobie wiele pytań m.in. co ma w sobie ten film i dlaczego tak ciężko powstrzymać wzruszenie? Odpowiedź jest prosta - kolor i prawdę. Pierwszy raz można zobaczyć autentyczne nagrania w kolorze sklejone fabułą, przez co mamy wrażenie, że właśnie oglądamy kolejną hollywoodzką produkcję. Tym razem, jednak nie widzimy aktora grającego daną postać tylko ją samą oraz prawdziwy i szczery aż do bólu obraz ginącej Warszawy. 

To film dla każdego bez względu na jego stosunek do Powstania Warszawskiego. Powstańców można, bowiem pokochać nie za ich bohaterstwo, czy wolę walki, ale za ich zaradność i optymizm. Mimo codziennych bombardowań i towarzyszącej im na każdym kroku śmierci próbowali prowadzić na pozór normalne i radosne życie. Dziewczęta dbały o schludny wygląd i wymyślne fryzury, a chłopcy starali się zachować sportową sylwetkę i dobre maniery Chodzili do kina, grali w piłkę, bawili się i umawiali na randki. Z ich twarzy nie promieniuje ból i smutek, ale młodzieńcza radość mimo wielkiego zagubienia. Ta sama, której brakuje nie jednemu Warszawiakowi, mimo że nie musi każdego dnia walczyć o przeżycie.

Czytaj więcej

EUROWIZJA CZYLI CYCKI VS WURST

14.05.2014 | 0 komentarze

Nie śmiejcie się z kobiety z brodą. Zapytajcie się raczej, gdzie były cycki i dlaczego przegrały z Wurstem. Myślałam, że na Eurowizji już nic nie może mnie zaskoczyć i, że z każdym rokiem ten event nie tylko traci na jakości, ale też atrakcyjności, a jednak. 


Od jakiegoś czasu nie oglądam już Eurowizij i średnio mnie interesuje, kto i co tam śpiewa. Kiedy, jednak usłyszałam o Conchita Wurst - mężczyźnie, który wygląda jak kobieta, ale nią nie jest i w dodatku ma brodę coś mnie olśniło. Już się przyzwyczaiłam do tzw. europejskiej poprawności i tolerancji w jednym, która jest tak wielka, że aż przerosła samą siebie, a w wielu przypadkach straciła rację bytu. Po tym jak kiedyś wybory miss wygrał transwestyta szczerze nie zdziwił mnie wizerunek austriackiego artysty. Za to rozczarowały mnie polskie reakcje. Niby jesteśmy w tej Europie, niby chcemy być nowocześni i otwarci jak to głosi najnowszy spot Platformy Obywatelskiej, a jednak nadal trzyma się nas stereotypowe, a czasem nawet zaściankowe myślenie. To przykre, że cała uwaga została skupiona na wyglądzie Conchity zamiast na jego wokale. Przecież Eurowizja to konkurs piosenki, a nie kreacji. Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że nasze społeczeństwo nie potrafiło albo nie chciało docenić umiejętności głosowych artysty. Tymczasem udowodnił on swoim występem, że nie jest żadnym przebierańcem jak go kreowały media, ale bardzo wrażliwym i utalentowanym artystą. Po jego występie nie miałam wątpliwości, że to jemu należy się zwycięstwo. Szkoda, że nie odwiedziłam żadnego bukmachera.. 


Facet ma naprawdę świetny głos i idealnie wpisał się w klimat Konkursu. Większość jednak pewnie myśli, że nagrodę dostał w imię wyższych wartości i europejskiej tolerancji oraz walki ze stereotypami. Pewnie dużo jest w tym prawdy. Nie od dziś wiadomo, że Eurowizja to trochę taki festyn. Jego początki były wielkie. Przyświecał mu prestiż i międzynarodowy klimat. Z drugiej strony nie był on czysty od polityki. Z czasem jednak jego poziom spadał, a kolejne edycje udowadniały, że nie liczy się na nim talent, narodowość, ale wielki budżet, melodyjność i efektowne show. 

Polska reprezentacja w postaci Cleo i Donatana miała szansę wykazać się jak żaden inny nasz reprezentant. Tymczasem jak dla mnie nie wykorzystali danej im szansy. Większość Polaków zachwyca się ich występem. Mówi się nawet, że to jeden z najlepszych w polskiej historii. Szczerze nie rozumiem tych opinii. Mieliśmy wygrać cyckami, a mi ich jakoś tam zabrakło. Występ był pozbawiony zarówno seksapilu jak i energii. Asystujące Cleo dziewczyny bujały się jak staruszki pod warzywniakiem. I ja się pytam - gdzie ta słowiańska krew? Bo na scenie jakoś się nie polała. Chyba już więcej werwy miały babeczki z zespołu Jarzębina. Myślcie co chcecie. Nie znam się albo słaba jest ze mnie patriotka. Ja uważam, że Polska znów dała ciała, a umalowany Jezus - Conchita Wurst był super i odczepcie sie od niego. 
Czytaj więcej

MUNDIAL BEZ POLSKI? KTO POCIESZY BRAZYLIJKI?

12.05.2014 | 0 komentarze

Piłka zbliża. Podaj dalej! Głosiła niegdyś reklama Coca-Coli. Moja wersja brzmi raczej: Piłka daje kasę! Podaj dalej. Tymczasem władze FIFA co cztery lata zastanawiają się, czy aby FIFA nie wyjdzie na minus. Nawet, jeśli tak będzie, to czy rzeczywiście na „święcie radości” się nie zarabia? Czy to już mit, że ludzie zwariowali na punkcie Mundialu?

Obraz: głowa kibica piłki nożnej przed Mundialem
Image courtesy of thaikrit / FreeDigitalPhotos.net
Mundial to żadna nowość. Zanim jednak rozegrano pierwszy turniej o piłkarskie mistrzostwo świata przez ponad 20 lat trwały dyskusje na temat formy tegoż turnieju, miejsca rozgrywania, jak i terminu, w którym powinien się odbyć. Idea zrodziła się już w 1905 roku (podczas II Kongresu FIFA). Sen o mistrzostwach zrealizował jednak dopiero w 1930 roku  Francuz Jules Rimet dokańczając rozpoczęte jeszcze przed powstaniem FIFA starania Holendra C. A. Hirschmanna. Pierwszym organizatorem został Urugwaj, pokonując w rywalizacji o tytuł gospodarza mistrzostw Hiszpanię, Włochy, Węgry, Holandię i Szwecję. 

Mundial to już swego rodzaju tradycja, która z każdą kolejną edycją nabiera większego tempa. Czy w tym roku też można dyżo na nim zyskać? Jak zwykle opętał komunikację marketingową jak nie przymierzając 11 września dziennikarzy. Wszyscy naraz, zgodnie i jakby zespołowo wpadli na ten sam pomysł. Motyw przewodni piłki funkcjonuje w reklamach począwszy od chipsów, piwa przez banki, a skończywszy na hotelach i liniach lotniczych. W końcu kreatywność nie musi być cnotą każdego marketera. Niestety, nuda, monotonia, brak pomysłu na cokolwiek nie bardzo szkodzi reklamie. Chyba każdy przyzwyczaił się do tej cyklicznej rutyny.

Obraz: reklama na Mundial - PKO Bank Polski, DirectTV, Gilette, Coca-Cola

Schemat myślenia większości marketingowców jest mniej więcej taki - ludzie ruszą do telewizorów, wybuchną emocje – my tam będziemy! Masa ludzi, podniecenie, zaangażowanie i nasza reklama! Wszyscy głęboko wierzą, że dzięki promocji związanej z Mundialem zwiększą zasięg i rozpoznawalność swojej marki. Serio? Ten schemat myślenia powtarza się co cztery lata na całym świecie. Do mistrzostw został jeszcze miesiąc, a mundialowa gorączka rośnie z każdym dniem. Wszystko za sprawą mediów a przede wszystkim agencji reklamowych. Nie od dziś wiadomo, że reklama to nie tylko próba skłonienia nas do kupna jakiegoś produktu. Dla wielu jest to szansa zaistnienia. Z punktu widzenia specjalistów jest to gra na naszych emocjach. Dlaczego? Bo na tym najlepiej można zarobić. Dobra reklama to nie tylko prosty komunikat informacyjny. To coś, co wywołuje u ludzi śmiech, płacz, złość podniecenie, a nawet zdenerwowanie. Reklama obecnie często pełni również rolę komunikatora. Patrząc na plakat argentyńskiego producenta prezerwatyw przed meczem z Brazylią nie mamy wątpliwości, co autor chciał wyrazić.

Obraz: okoliczościowy plakat producenta prezerwatyw Tulipan z Argentyny przed meczem Argentyna - Brazylia
Okoliczościowy plakat producenta prezerwatyw z Argentyny przed meczem Argentyna - Brazylia

Gwiazdy w reklamie? To także powszedniość. Producenci wszelakiego dobra próbują  namówić ich, by zareklamowali towar. Przecież nawet małe dziecko wie, że osoba którą lubimy łatwiej nas do czegoś przekona. Reklama Lays z udziałem Messiego to jeden z nielicznych przykładów. Czasem największym wyzwaniem mogą nie być kwestie finansowe, ale logistyczne. Dobrym przykładem jest kampania reklamowa kont osobistych Eurokonto Banku Pekao S.A. przed mistrzostwami w Korei w  2002 roku. Dla osiągnięcia maksymalnego efektu wykorzystano wizerunki 6 najpopularniejszych zawodników polskiej reprezentacji piłkarskiej: J. Dudka, M. Koźminskiego, T. Wałdocha, braci  Żewłakowów, P. Świerczewskiego. Negocjacje z firmą reprezentującą zawodników trwały kilka miesięcy.

Co z tego, że na Mundialu nie będzie polskiej reprezentacji? Obecność na finale to kwestia honoru, a producenci m.in. piwa chętnie nam w tym pomogą. W ramach kampanii "Akcja na Rio" piwa Warka będzie można wygrać wakacyjny wyjazd do Rio de Janeiro. Coca- Cola dobrze wie, że Mundial to nie gratka tylko dla dorosłych. Dzieciaki mogą wziąć udział w 16 edycji turnieju Coca-Cola, w którym nagrodą główną dla zwycięskiej drużyny jest wyjazd na brazylijski Mundial oraz udział w obozie treningowym we Włoszech.


Czy to oznacza, że cały świat kocha futbol, a najwięcej fanów ma wlaśnie piłka nożna? Niekoniecznie. Chodzi raczej o wzbudzenie magicznej aury sportowej rywalizacji oraz poczucia w nas  bycia kimś wyjątkowym na ten czas. Pamiętacie jak w 2006 roku właśnie z okazji Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej FIFA 2006 PKO Bank Polski, we współpracy  z organizacją Mastercard przygotował limitowaną serię kart kredytowych PKO MasterCard 2006 FIFA Word Cup  TM? Również Heineken podkreśla, że jest piwem specjalnie dla kibiców.


Bitwa marketingowa już się zaczęła, a gra idzie o miliony euro. Nikt nie chce zostać przegranym. Największe stacje telewizyjne  prześcigały się miesiącami w walce o prawo do transmisji meczy z rozgrywek i o wpływy z reklam. Oczywiście wszystko z miłości do piłki, bo jak jej nie kochać przy dochodach jakie daje. Tylko w Polsce ostatni finał Mundialu przyciągnął przed telewizory 9 milionów osób, a TVP zarobiła niemal 50 milionów złotych.

Swoją  batalię z pewnością stoczą także producenci ekwipunku sportowego. Adidas łoży oficjalnie na Mundial już od 1970 roku i z dumą projektuje piłki na kolejne mundiale. Ciekawe ile zarobi na tegorocznej piłce Brazuca? 



Każdy wie, że najlepiej pokazać się na Mundialu. Większość reprezentacji ma swoich sponsorów. Czasem, jednak trzeba obejść się smakiem o czym przekonał się m.in. e-Bay w 2006 roku, gdy postawił na oryginalność i został „oficjalnym partnerem” reprezentacji Trynidadu i  Tobago. Istotny był sam fakt sponsoringu, bo na sukcesy sportowe raczej trudno było liczyć.

Również w Polsce, im bliżej godziny zero tym apetyt kibiców rośnie. Nikt już nie wraca pamięcią do naszych feralnych występów w kwalifikacjach. W końcu "Polacy nic się nie stało" jest drugim po hymnie utworem narodowym. Niektórzy nawet marzą o tym, że za cztery lata w końcu wejdziemy do finału.Wracają wspomnienia z mistrzostw w Niemczech w 1974 roku  i Hiszpanii w 1982 roku. Bez wątpienia jak, co cztery lata wszystko się będzie kręcić wokół piłki. 
Czytaj więcej

MERCHANDISING CZYLI JAK SKLEPY BAWIĄ SIĘ PÓŁKAMI I NAMI?

28.04.2014 | 0 komentarze

Czy wiecie, że człowiek bywa w sklepach średnio dwa razy dziennie? Wygląda, że spędzamy w nich sporą część naszego życia. Czy mimo to zdarzyło Wam się zauważyć, że sklepowy wózek jeździ wyjątkowo wolno, a w szafie macie już drugą parę tych samych rękawiczek oraz właśnie kupiliście sok, którego normalnie nie pijecie? Przecież reklama nie ma na Was wpływu, więc dlaczego tak się dzieje? Producenci i sprzedawcy wiedzą to doskonale.

Obraz: klient z pełnymi siatami mimo nieplanowanych zakupów

Sklepy i inne świątynie komercyjne potrafią stworzyć taką atmosferę, że poziom konsumpcji wzrasta diametralnie. Ich główny cel to oczywiście skłonić nas do nieplanowanego i często niepotrzebnego zakupu. Masz poczucie, że znów nabrałeś się na promocję? Nie martw się. Nie jesteś wyjątkiem. Tylko około 30% to zaplanowane decyzje zakupowe. Zdecydowana większość nie jest świadoma, że podczas każdej wizyty w sklepie nasz umysł musi zmierzyć się z licznymi technikami merchandisingowymi. Zasada działania jest bardzo prosta: bodziec - reakcja - zakup. Nie daj się zwieść, że coś znajduje się w sklepie przypadkowo. Sztuczek i manipulacji istnieje tysiące, ale znając, chociaż te podstawowe mamy szansę zaoszczędzić trochę więcej naszego czasu i pieniędzy.

Metoda nr 1 czyli rzut w dal

Miejsce, w którym umieszczony jest produkt jest bardzo istotne i często jest tematem spornym między dostawcą, a wystawcą. Od tego, bowiem zależy, czy dany produkt zostanie zauważony i kupiony. Wiadomo, że im więcej czasu spędzimy w sklepie tym większe prawdopodobieństwo, że w końcu go dostrzeżemy. Stąd w większości hipermarketów stoiska piekarnicze, artykuły spożywcze, kosmetyki, czy małe artykuły AGD, które należą do tzw. dóbr szybko zbywalnych (FMCG) znajdują się na końcu sklepu. Sprzedawcy doskonale wiedzą, że po drodze zahaczymy o inne stoiska i wypełnimy koszyk. Co ciekawe takie produkty jak owoce, warzywa i chleb są zwykle bardzo daleko od siebie. Myślę, że każdy, co najmniej raz zadał sobie pytanie - gdzie są jajka? Prawdopodobnie nigdzie w pobliżu mleka lub chleba.

Metoda nr 2 czyli na inteligenta 

Większość ludzi jest praworęczna, co sprawia, że w pierwszej kolejności rozglądają się najpierw na lewo. Stad wziął się podział sklepu na produkty spożywcze na lewo i dobra trwałego użytku po prawej stronie, jako tzw. zakup świadomy. To dosyć logiczne, że przychodząc po chleb nie myślimy o zakupie np. suszarki do włosów. Tzw. miejsca w rogu zarezerwowane są zwykle dla liderów danej kategorii, czyli tych z największą sprzedażą Klient zawsze będzie ich szukać z przyzwyczajenia. Sprzedawcy liczą, że wybierze on markę o najwyższej marży.

Metoda nr 3 czyli na ładne oczy 

Metodą na pozbywanie się produktów niższej jakości lub z krótka datą ważności jest ich wystawianie na osobnych stanowiskach wewnątrz sklepu np. w postaci piramidki, z przodu półki lub w koszach. Zwykle ekspozycje są bardzo atrakcyjne i informują o specjalnej okazji/promocji itd. Detalistom bardzo zależy na tym by te produkty nie wyglądały gorzej od innych stąd często układają je bardzo luźno by wywołać wrażenie, że sprzedaje się ich bardzo dużo.

Image courtesy of adamr / FreeDigitalPhotos.net

Metoda nr 4 czyli na łapankę w kolejce

Każde miejsce w sklepie jest dokładnie przemyślane. Marketerzy będą nas zachęcać do dodatkowych zakupów szczególnie przy kasach. Ile razy zdarzyło Ci stojąc w kolejce wrzucić do koszyka kilka drobiazgów? Czy miałeś potem wyrzuty sumienia? Na pewno nie, bo przecież jedna drobna rzecz mniej, czy więcej nie robi różnicy. Nic bardziej mylnego. Te produkty wbrew pozorom mają najwyższą marżę. Dlatego też ilość otwartych kas jest taka, by zawsze była przed nimi kolejka.

Metoda nr 5 czyli dobre wypozycjonowanie

Odpowiednie pozycjonowanie produktów na półce to kolejna metoda. Strefa intensywnych zakupów znajduje się przy kasach, na skrzyżowaniu przejść oraz w środkowej części półki. Duże znaczenia ma również wysokość półki. Najdroższe produkty znajdują się na wysokości wzroku kobiety, średnio na wysokości 153 cm. Kobiety, bowiem stanowią 70% konsumentów. Najtańsze towary i produkty tzw. marek własnych umieszcza się na samej górze lub na poziomie podłogi, aby zniechęcić do poszukiwań konsumenta kierującego się kryterium ceny.

Metoda nr 6 czyli grunt to dobra kolejność

Produkty też układa się w odpowiedniej kolejności. Wchodząc w alejkę kierujemy się podświadomie zasadą prawej ręki, czyli obserwujemy asortyment po naszej prawej stronie. Do tego możemy dołączyć zasadę lewego oka, czyli towar jest rozmieszczony od najbardziej atrakcyjnego po lewej stronie to tego gorszego po prawej. Istotna jest też logika i stąd produkty tej samej kategorii znajdują się obok siebie i sąsiadują z artykułami powiązanymi np. dipy przy chipsach, czy ciasteczka przy kawie i herbacie. W ten sposób zwiększa się sprzedaż obu.

Metoda nr 7 czyli sztuczny tłum

A czy zauważyliście, że regały półkowe są zawsze długie? Co więcej towary ułożone są w dużej ilości i stale uzupełniane tak, by nie było pustych miejsc. W ten sposób nasza droga w poszukiwaniu danego produktu wydłuża się i musimy też przejrzeć inne produkty. Alejki nie mogą też być zbyt długie, bo wówczas występuje efekt bumerangu i klient w połowie drogi zawraca.

Obraz: alejki sklepowe jak labirynty
Image courtesy of artur84 / FreeDigitalPhotos.net

Metoda nr 8 czyli aby do celu

Poza półkami ważne jest rozmieszczenie wejść i ścieżek. Ulokowanie wejścia do sklepu daleko od wyjścia z parkingu nie jest przypadkowe. Nie wiem, czy zauważyliście, że w wielu sklepach wózki ustawione są po przeciwnej stronie do wejścia sklepowego. Alejki zaś są tak rozplanowane, by klient musiał przejść je w całości. Na początku są małe stoiska, a pod koniec długie. Poszukiwany produkt celowo znajduje się na końcu drogi. Często też sklepy nie mają osobnego wyjścia dla tych, którzy nie zdecydowali się na zakup zmuszając ich do wyjścia tylko i wyłącznie przez kasy. Jest szansa, że przeciskając się przez nie jednak coś kupią.

Metoda nr 9 czyli chwile ulotne

Marketerzy wykorzystują również sezonowość danych produktów. Dlatego większość promocji i wyprzedaży np. świątecznych, wiosennych itd. znajduje się zaraz przy wejściu do sklepu na prawo. Wchodząc do sklepu jesteśmy jeszcze wypoczęci i przy kasie, dlatego łatwiej nam się skusić na tzw. "okazję" i szybko coś dorzucić do jeszcze pustego koszyka.

Metoda nr 10 czyli na dzieciaka

Marketerzy wykorzystują  też dziecięcą skłonność do promocji. Wiedzą oni, że to właśnie one mogą skutecznie zachęcić rodziców do kupna jakiegoś produktu. Stąd też wiele produktów ustawianych jest w zasięgu ich wzroku. Często też to produktów przeznaczonych dla dorosłych dodaje się gadżety, które zwrócą uwagę dzieci. Z myślą o dzieciach i ich wpływie na decyzje zakupowe wymyślono wózki z dziecięcymi siedziskami, czy na kształt samochodzików. Ma to zachęcić rodziców do zabieranie dzieci na zakupy i tym samym dodatkowych wydatków w postaci zabawek, jogurcików i słodyczy.

Wspomniane przeze mnie metody podobno są powszechnie znane a, mimo to większość z nas wciąż daje się na nie złapać. Zastanawiam się, z czego to wynika. Ze zwykłej naiwności, czy może rzeczywiście z niewiedzy? Powyższe metody stanowią jedynie wierzchołek góry lodowej, ale ich znajomość na pewno nie zaszkodzi.  










Czytaj więcej

CZY BĘDZIESZ TĘSKNIĆ ZA COFFEEHEAVEN?

24.04.2014 | 0 komentarze

Mimo, że nie jestem fanką kawy bardzo obawiałam się tego dnia. Z zapartym tchem obserwowałam całą sytuację i ciągle naiwnie wierzyłam, że może się uda. Każdego dnia zastanawiałam się but Costa why? Wciąż nie mogę się pogodzić, że to, jednak się stało. Coffeeheaven znika z rynku. 

Obraz: Killing me softly. Po 14 latach Coffeeheaven znika z rynku.

Kiedy 14 lat temu Coffeeheaven rozpoczynało swoją działalność rynek kawowy w Polsce był jeszcze w zarodku. Dziś wycenia się go na ponad 4 mld. Nic, więc dziwnego, że ta sieć kawiarni w którymś momencie zdominowała rynek eliminując z wielką gracją innych doświadczonych graczy. Polacy po prostu pokochali Coffeeheaven za jej styl i polskość. Nawet, kiedy do Polski wchodził Starbucks znany ze swej niepohamowanej ekspansji i specyficznej metody wykańczania konkurencji zarząd Coffeheaven podkreślał, że śpi spokojnie. Wyglądało na to, że polska marka przetrwała najazd Amerykanów. Rozpoznawalność marki Coffeeheaven nie miała sobie równych. 

Nie zdziwiło, więc mnie, że w 2009 rok Whitbread, właściciel COSTA wykupił Coffeheaven. Zaskoczyło mnie jednak, że Coffeeheaven zrezygnowało ze swojej niezależności. Zwyczajnie nic nie mam do Costa, ale w moim odczuciu jej asortyment jakościowo był gorszy od tego, co oferowało Coffeeheaven. Pozostało mi wierzyć, że Costa nie zdecyduje się pozbyć tak wartościowej marki, jak Coffeeheaven. Odetchnęłam z ulgą, gdy dowiedziałam się, że rebranding idzie w dobrym kierunku i działalność rozpoczęły kawiarnie COSTA by coffeeheaven. Mimo, że wciąż, Costa miała swoje kawiarnie, a Coffeheaven swoje w eterze krążyły słuchy, że to tylko tymczasowe rozwiązanie i, że ostatecznie zostanie jedynie nazwa COSTA. Wiedząc jak mocno zakorzeniona w świadomości Polaków i mojej była Coffeeheaven nie chciałam, jednak dopuścić do siebie myśli o jej zniknięciu.

Łączenie dwóch marek jest zjawiskiem dosyć powszechnym, ale nie zawsze musi wiązać się z eliminacją tej drugiej. Cadbury przejmując Wedla nie zlekceważyło wartości, jaką za sobą niosła jego marka Później Wedel nie raz szedł pod młotek. Dziś rzadko ktoś kojarzy, że Wedel już nie jest polski, ale większość nadal uwielbia czekolady tej marki i uważa za polski symbol. 

Obraz: Małe Coffeeheaven kontra duża COSTA

Wracając, jednak do kawy od początku nie byłam fanką konceptu Costa by coffeeheaven, który miał łączyć cechy obu marek. Teraz, kiedy wiem, że oba brandy zastąpi ostatecznie sama Costa, a Coffeeheaven zniknie na zawsze stwierdzam, że jednak nie był to taki zły pomysł. Zadowoleni mogli być zarówno Ci costowi jak coffeheavenowi kawiarze.

Rzadko się przywiązuję do marek, ale serio będziemy mi brakować szyldu CH, a Wam? Przyznam się też, że trochę mi przykro, że kolejna marka z polskimi korzeniami mimo dobrego konceptu nie wytrzymała zderzenia z konkurencją i dała się wykończyć. 

Czytaj więcej

CZY PINKO WIE CZYM JEST GENDER?

10.04.2014 | 0 komentarze

Kiedy zobaczyłam billboard z kolekcją wiosna/lato Pinko, moje pierwsze skojarzenie było gender jak nic. I teraz niektórzy myślą WHT? Co wspólnego ma moda z jakąś tam ideologią? A płeć kulturowa ma? Czy nie wmawiano nam od zarania dziejów, że chłopiec nosi spodnie, a dziewczynka sukienki? Czy to nieprawda, że chłopcowi bardziej wypada niebieska koszula, a dziewczynce różowa?

Obraz: odwieczna walka płci czyli czym jest gender?
Image courtesy of LeeGillion / FreeDigitalPhotos.net

Zacznijmy, jednak od początku. Gender to ostatnio modny termin, chociaż jak pokazuje poniższa sonda, niewielu ma pojęcie, co tak naprawdę oznacza. Z niezrozumiałych dla mnie powodów gender kojarzy się z pedalstwem albo jakimś zatracaniem wartości. Dodatkowo oliwy do ognia dolewają politycy i samozwańczy eksperci, którzy też do końca nie rozumieją, o czym mówią. Sprytnie, jednak starają się przemycić ten termin do swoich kampanii politycznych. Tym, którzy nie lubią długich definicji polecam tekst Wittaminy, która stawia kawę na ławę.


Wróćmy, jednak do mody i tego, co ma z nią wspólnego gender. Z tekstu Wittaminy dowiecie się m.in., że gender, czyli płeć można rozróżniać w dwóch kategoriach: biologicznej (fizjologiczna budowa naszego ciała) i społeczno-kulturowym. Nas interesuje zwłaszcza ta druga i do tej właśnie często dopisywane są te wzniosłe ideologie.

Moda jest elementem naszej kultury i jednocześnie wskaźnikiem tego jak wyglądamy, ubieramy się, czy jak się czeszemy. W szerszym pojęciu kreuje wizerunek typowej kobiety i mężczyzny. Patrząc na to, jak moda się zmieniała na przestrzeni lat pojęcie typowego obrazu płci odeszło do lamusa. Lata temu Coco Chanel szyjąc garnitury dla kobiet, a Marlena Dietrich nosząc spodnie wzbudzały kontrowersje. Dziś nikogo by to nie zdziwiło. Mało tego mężczyźni noszą różowe koszule i męskie torebki, a kobiety ubierają bojówki i robią fryzurę na jeżyka. Czy coś jest nie tak z tymi kobietami, czy może raczej z mężczyznami? Czy może po prostu one są z Wenus, a oni z Marsa? Z jednej strony mówi się o równouprawnieniach, a z drugiej strony wyśmiewa metro seksualnych. Czy współczesne kobiety są bardziej męskie, a nowocześni mężczyźni bardziej kobiecy? Czy tu rzeczywiście chodzi tylko pewien styl życia, który ulegał ciągłym transformacjom już z początkiem pierwszych wojen światowych?

Obraz: kampania Pinko wiosna 2014, Al Bundy i gender

Przez pryzmat mody widać najlepiej jak nasz pogląd na rolę płci w społeczeństwie ewoluował. Dlatego szczerze nie rozumiem, dlaczego właśnie teraz nagle ten termin przeżywa swój renesans, a politycy próbują zmieniać bieg historii. Nasze spojrzenie na wygląd i zachowanie danej płci ciągle się zmienia i zmieniać się będzie. Pewne jednak sposoby postrzegania płci zostały nam na tyle mocno wpojone, że wciąż będziemy oceniać innych przez pryzmat posiadanej wiedzy mówiącej, co wypada kobiecie, a co mężczyźnie.

Dlaczego te przemyślenia przyszły mi do głowy po zobaczeniu billboardu Pinko? Może, dlatego , że w moim odczuciu pokazuje on jak moda potrafi łamać schematy, a jednocześnie igrać z ideologią gender. Patrząc na modelkę nabieram przekonania, że coś jest z nią nie tak. Jej wyraz twarzy i sposób siedzenia jak to się ładnie mówi nie przystoi damie. W takim rozkroku siedzą zwykle mężczyźni. W takiej pozycji można było najczęściej oglądać Al'a Bundy - typowego samca alfa. Gdzie się podziała ta kobiecość i seksapil? A może one to mają? Tylko to mój mocno zakorzeniony obraz kobiety zakrzywia tą rzeczywistość? 
Czytaj więcej

#BLOGEXPERTS #4 DOKĄD ZMIERZASZ BLOGOSFERO?

31.03.2014 | 0 komentarze

Polska blogosfera w porównaniu do zagranicy, to wciąż swoista, nieokiełznana i bezkresna partyzantka, gdzie mogą się odnaleźć różne typy b(v)logerów. Z jednej strony jest pełna kontrastów, a z drugiej zalatuje szarzyzną. Jednak mamy, czym się pochwalić. Blogosfera dojrzewa, a wraz z nią twórcy i odbiorcy. Świat nie kończy się na kominkach (z całym szacunkiem dla Tomka). Jest w niej miejsce zarówno na posty o wszystkim i o niczym, ale też na te wartościowe i merytoryczne. Popularność to nie to samo, co wpływowość. Sukces może mieć miele twarzy, ale bez wiedzy i pasji jest nieosiągalny.Tak w wielkim skrócie bym podsumowała swoje wrażenia z czwartej edycji Blog Experts.

Obraz: Witajcie na Blog Experts i hastagowe ciasteczko #chodźnapole

To, że atmosfera będzie gorąca poczułam już na początku swojej trasy z Warszawy. Trzy godziny w podgrzewanym przedziale i uniknięcie cudem kanara to wrażenia bezcenne. Wielkie dzięki dla Pani, która dołożyła mi 60 groszy do biletu. Podziękowania należą się też pewnemu rowerzyście, który mi pokazał, że Kraków bez Krakusów może funkcjować dzięki komórkom z GPS'em. 

W Hub:raum w Krakowie przywitały mnie przepyszne hashtagowe muffinki. W jednym miejscu spotkali się blogerzy i vlogerzy. Nie wiem jak wyglądały poprzednie spotkania, ale to oceniam naprawdę pozytywnie. Cieszę się, że mogłam w końcu na żywo posłuchać takich osób jak Maciek Budzich, Paweł Tkaczyk, czy Artur Kurasiński. Od takich ludzi chciałabym uczyć się jak najwięcej.

Obraz: Paweł Tkaczyk, Artur Kurasiński i  Maciek Budzich na #BlogExperts
Paweł Tkaczyk / Artur Kurasiński / Maciek Budzich

Podczas prezentacji Artura moglibyśmy lepiej poznać Fokus'a, czyli narzędzie, które ma zrewolucjonizować rynek dzięki kompleksowemu i innowacyjnemu podejściu do analizy marki nie tylko w Internecie. Maciek zaś humorystycznie, ale treściwie i na temat podzielił się wiedzą na temat głównych grzechów blogosfery. Świetnym uzupełnieniem tego było never ending story Batmana polskiej blogosfery, które miało stanowić lekcję budowania swojej marki, jako b(v)logera. Na koniec zostało okraszone oczywiście historią.... Tym razem bohaterem była koza. 

Ich rady i wnioski podparte sporym doświadczeniem są bezcenne zarówno dla tych początkujących b(v)logerów, jak i tych, którzy już w temacie siedzą trochę dłużej. Dzięki nim i pozostałym prelegentom wyjechałam z Krakowa pełna motywacji i optymizmu, że przyszła blogosfera będzie stawiać na wartości. Twórcy tworzący o wszystkim i o niczym, czy bazujący jedynie na prowokacji odejdą do lamusa. W ich miejsce przyjdą, a w zasadzie już są ci, którzy chcą tworzyć wartościowe merytorycznie teksty. Takie wrażenie można było szczególnie odnieść podczas panelu, w którym wzięli udział Michał Szafrański, Magda Stępień, Michał Kędziora, Arlena Witt i Paweł Bielecki.

Obraz: Rita Hairwood, Michał Szafrański, Magda Stępień, Michał Kędziora, Arlena Witt i Paweł Bielecki  na #BlogExperts
Rita Hairwood / Michał Szafrański / Magda Stępień / Michał Kędziora / Arlena Witt / Paweł Bielecki  

Blogi będą przestrzenią, w której bloger będzie m.in. ucztował z czytelnikami, jak to ładnie określił Paweł Tkaczyk. Nieśmiertelna oczywiście jest pasja do tego, co się robi oraz autentyczność. Takie przynajmniej odniosłam wrażenie obserwując pierwszy panel, w którym dyskutowali Kuba Dębski (btw dzięki za komiks z kosmiczną dedykacją), Konrad Kruczkowski, Jan Urbanowicz, Dawid Adanek oraz Jacek Napora. Wszyscy prelegenci zgodnie przyznali, że plan, strategia oraz budowanie własnej marki są ważne, ale przede wszystkim trzeba lubić to, co się robi oraz naprawdę się na tym znać. Naszą wiedzę szybko zweryfikują odbiorcy, którzy szukają świeżych i wyrazistych opinii. Paweł Tkaczyk podpowiada by stawiać na jakość i przed pisaniem odpowiedzieć sobie na pytania:
  • W czym jesteś dobry? 
  • W czym możesz pomóc? 
  • Dlaczego mam ci wierzyć? 
  • Jak będę się przy tobie czuł? 
Obraz: Konrad Kruczkowski, Kuba Dębski, Jan Urbanowicz, Jacek Napora, Dawid Adamek na #BlogExperts
Konrad Kruczkowski / Kuba Dębski / Jan Urbanowicz / Jacek Napora / Dawid Adamek

Idąc tym tropem Twoja społeczność sama Cię znajdzie. Najważniejsze jest to, jaki masz wpływ na nią i, czy w ogóle masz? Nie musi być ona jednak milionowa. Halo Ziemia nie szukał poklasku. Do tego, co pisze podchodzi z dystansem i empatią. Jednocześnie uważa, że opiniotwórczość przez duże "O" nie musi być w sprzeczności z biznesowym modelem. Popularność można mierzyć różnymi kategoriami i to Ty, jako b(v)loger musisz stworzyć swoją definicję. Bez względu na wszystko myśl jakościowo, a nie ilościowo. 

Przykłady wielu b(v)logerów pokazują, że istnieje tzw. życie po blogu. Blogosfera może mieć różne formaty. Bloger może być ekspertem, autorem książki, trenerem, czy medialną osobowością. Potencjał drzemiący w blogosferze jest ogromny, a pojęcie, że ktoś się sprzedał nie ma już racji bytu. #Darylosu mogą wzbudzać kontrowersje, ale z drugiej strony są tacy, którzy ich potrzebują. To, ile one znaczą dla Ciebie powinieneś ocenić sam. Podobnie jest z wartością merytoryczną blogów. Dzień w którym blogosfera zastąpi media tradycyjne jest wciąż odległy. Wszyscy zgodzili się z tym, że jeszcze nie jest ona na tyle silna merytorycznie, by móc stać się piątą władzą. 

Ważne jest jednak, by profesjonalnie podejść do tego, co się tworzy i nauczyć się operować różnymi narzędziami i formatami wykorzystując świadomie drzemiącą w nich siłę. Inaczej powinien być prowadzony fanpage, a inaczej konto na Twitterze.

Image courtesy of tungphoto / FreeDigitalPhotos.net

A propos Twittera. Pierwszy raz w życiu spotkałam tak wielu ludzi ogarniętych jego magią. Przekonałam się, jak bardzo po macoszemu do tej pory traktowałam to medium. Tymczasem Twitter dzięki swej prostocie wydaje się być bardzo przyszłościowy. Czasem kiedy patrzę na FB mam wrażenie, że robi się on coraz bardziej overloaded. Zwłaszcza jak sięgnę pamięcią do 2005 roku, gdy założyłam swój fejsowy profil.

Ciekawe czy przekombinowanie grozi również blogosferze? Zdecydowanie zgadzam się z Maćkiem Budzichem, że bez względu na to, jaką drogą chcemy podążać jako twórcy powinniśmy częściej wychodzić poza swój ogródek, otwierać się na innych i myśleć szerzej. Drogi b(v)logerze może warto też odpowiedzieć sobie na pytanie, kim chcesz być i czym chcesz się dzielić. Ekspertem nie można stać się ot tak. Trzeba mieć wiedzę.

Serdeczne podziękowania dla organizatorów: Rita Hairwood i Konrad Conrad
Czytaj więcej

10 ZASAD ZDOBYCIA PRACY CZYLI JAK SIĘ SPRZEDAĆ

23.03.2014 | 0 komentarze

Czy pamiętasz jak szukałeś kiedyś pracy? Ten stres, gdy do Ciebie w końcu zadzwoniono, a potem zaproszono na pierwszą rozmowę? Ale tak nie musi być zawsze. Przejdź przez rekrutację śpiewająco. Przede wszystkim zmień swoje nastawienie i podejdź do tematu jak prawdziwy biznesmen. Ze zdobywaniem pracy jest trochę jak z kampanią reklamową. Ludzie to kupią albo nie. Sukces w głównej mierze zależy od Ciebie. Spójrz w lustro i odpowiedz sobie na pytanie, czy jako produkt umiałbyś siebie sprzedać? Masz wątpliwości? Poznaj 10 zasad efektywnej autoprezentacji.

Obraz: Sukces zależy od Ciebie. Spójrz w lustro i odpowiedz na pytanie, czy umiesz się sprzedać?
Image courtesy of Stuart Miles / FreeDigitalPhotos.net

ZASADA NUMER 1

Po pierwsze rozmowa kwalifikacyjna, to nie jest egzamin, który można oblać lub zaliczyć. Dostanie wymarzonej oferty pracy może być przepustką do lepszego świata, ale wcale nie musi. Po tygodniu może okazać się, że właśnie trafiłeś do piekła. Kiedy decydujesz się na zakup np. wycieczki, to najpierw sprawdzasz opis oferty, opinie znajomych, benefity itd. Tak samo podejdź do szukania pracy. Automatyczne klikanie w przycisk Aplikuj przy każdej ofercie, która wydaje się być fajna z opisu w dłuższej perspektywie na dobre Ci nie wyjdzie. Jeśli w ogłoszeniu jest podana nazwa firmy, to koniecznie odwiedź ich stronę firmową. Przeczytaj zakładkę O nas i Kariera. Innymi słowy sprawdź, czy profil firmy rzeczywiście Ci odpowiada. W dalszej kolejności podpytaj znajomych, czy może znają kogoś, kto tam pracuje. Opinie można też znaleźć w Internecie. Jeśli już zdecydujesz się aplikować i szczęśliwym trafem zostaniesz zaproszony na rozmowę zdobyta wiedza na pewno Ci nie zaszkodzi. 

ZASADA NUMER 2

Fajnie, że biorą Cię pod uwagę. Nie jest to, jednak tożsame z zaniżaniem własnej osoby albo błaganiem o posadę. Do rozmowy kwalifikacyjnej musisz podejść, tak jak do negocjacji handlowych. Jesteś ekspertem w swojej dziedzinie i chcesz zaoferować swoje unikalne kompetencje i wiedzę danej firmie. Firma zatrudniając Cię może dużo zyskać, ale w zamian powinna Ci zaoferować godziwe wynagrodzenie i dodatkowe korzyści ze współpracy. Pamiętaj, że wynik negocjacji powinien być win-win tj. obie strony muszą odnieść korzyści. Zatrudnienie w danej firmie to nie to samo, co bycie w obozie pracy. Jeśli czujesz, że dana organizacja nie jest dla Ciebie, a co więcej nie czujesz się usatysfakcjonowany tym, co Ci oferują, to nie ma sensu byś dalej tracił swój czas. Na pewno znajdziesz innego pracodawcę, który będzie umiał docenić Twój potencjał. 

ZASADA NUMER 3 

Tak jak w przypadku każdej umowy handlowej za daną pracę należy się wynagrodzenie. Nie daj się zbyć tekstem typu: "inni mają niższe oczekiwania" itd. Inni Cię nie obchodzą. Ty znasz swoją wartość i masz prawo do własnej oceny. To, że niektórzy nie cenią się i mogą pracować za pół darmo, to nie powinien być dla Ciebie żaden argument. Nie licz, że taka firma doceni Cię w przyszłości. Zapomnij też o bezpłatnych stażach i praktykach. Tylko niewielki odsetek ludzi zostaje po nich w firmie z perspektywą błyskotliwej kariery. Praktyka to też praca i należy się za nią wynagrodzenie. Twoje koszty utrzymania, czy transportu przecież nie znikną. Dlaczego masz dopłacać do tego, że pracujesz? Jeśli firmy nie stać na zapłacenie stażyście, to taka firma nic nie jest warta. Ja nigdy nie byłam na bezpłatnych praktykach i tego nie żałuję. Ty też nie będziesz. Nie jesteś tanią siłą roboczą. 

Obraz: Nie ma bezpłatnych praktyk. Za pracę należy się wynagrodzenie.
Image courtesy of stockimages / FreeDigitalPhotos.net

ZASADA NUMER 4

Ktoś mądry kiedyś powiedział, że dobra reklama (a może dobry sprzedawca?) sprzeda nawet zły produkt. I ten ktoś miał rację. Pamiętaj, że bez względu na to, co Ci wmówią inni liczy się pierwsze wrażenie. Twój wygląd i aparycja nie są bez znaczenia. Na każdą rozmowę również tą telefoniczną ubierz się w strój biznesowy. Jeśli jesteś kobietą to pamiętaj by Twój makijaż był raczej naturalny niż imprezowy. Idąc na spotkanie poczuj się jak przedstawiciel handlowy lub negocjator, który chce jak najlepiej zaprezentować swoją markę, czyli siebie. 

ZASADA NUMER 5 

Wygląd to jedno, ale poza nim liczy się jeszcze Twój sposób autoprezentacji i prowadzenia rozmowy. Tak się składa, że najbardziej znaczący jest przekaz niewerbalny, czyli Twój ton głosu, mowa ciała itd. Podczas rozmowy pamiętaj o kontakcie wzrokowym, ale też nie wpatruj się w kogoś, bo to może zostać źle odebrane. Mimo ogromnego ścisku w gardle staraj się zachować spokój. Słuchaj rozmówcy i staraj się konkretnie odpowiadać na pytania. Nie krępuj się przy tym gestykulować. Pamiętaj jednak, że Twoje gesty muszą być spójne z tym, co mówisz. Nie zapomnij przy tym odpowiednio moderować głosu oraz stosuj pauzy celem sprawdzenia reakcji słuchającego. Wyobraź sobie, że jesteś handlowcem, który właśnie robi prezentację i musi sprzedać swój produkt jak najlepiej. 

ZASADA NUMER 6 

Nikt nie lubi kupować kota w worku. Twój przyszły pracodawca również. Prezentując swoje umiejętności i doświadczenie staraj się używać konkretów oraz przykładów. Zamiast mówić o wielu projektach skup się na jednym, który np. zwiększył sprzedaż albo przyczynił się do poprawy wizerunku firmy itd. Staraj się nie powtarzać ogólnych stwierdzeń, które już są w Twoim CV. Opisując swoje doświadczenia skup się głównie na swojej roli, a nie zespołu, czy Twojego szefa. Przed rozmową powinieneś mieć przygotowane odpowiedzi na takie pytania: 
  • Jak twoje doświadczenia ma się do stanowiska, na które aplikujesz? 
  • Dlaczego wybrałeś tą firmę? 
  • Jakie są twoje mocne i słabe strony? 
  • Co firma zyska zatrudniając ciebie? 
  • Co wyróżnia cię spośród innych kandydatów? itd. 

Warto sobie przygotować odpowiedzi na te pytania wcześniej i ich się nauczyć, żeby uniknąć później plątania języka i yyy... eeee.... 


ZASADA NUMER 7 

Rozmowa o pracę to dialog, a nie monolog. Nie obawiaj się zadawać pytań, jeśli coś wydaje Ci się niezrozumiałe albo chciałbyś dowiedzieć się czegoś więcej. Na koniec rozmowy wykaż swoje zainteresowanie firmą i procesem rekrutacyjnym. Zapytaj:
  • Czym firma kierowała się tworząc dane stanowisko?
  • Jakie są wyzwania, przed, którymi będziesz musiał stanąć?
  • Jakie są oczekiwania względem wyników pracownika? 
  • Jak będzie wyglądać jego zakres obowiązków? 

W ten sposób pokażesz swój profesjonalizm i zainteresowanie daną pracą. Nie zapomnij na koniec zapytać o dalszy przebieg procesu rekrutacyjnego i kiedy możesz się spodziewać informacji zwrotnej. W końcu nie planujesz wisieć na słuchawce noce i dnie w oczekiwaniu, że ktoś zadzwoni. Szanujesz swój czas i dlatego masz prawo wiedzieć. 

Obraz: rozmowa o pracę to dialog, a nie monolog.
Image courtesy of stockimages / FreeDigitalPhotos.net















ZASADA NUMER 8 

Nie wstydź się tego, że chcesz zarabiać jak najwięcej. Każdy chce i nie ma w tym nic złego. Nigdy nie dawaj rekruterowi do zrozumienia, że pieniądze nie mają dla Ciebie znaczenia i możesz pracować za tyle, ile Ci po prostu dadzą. Sprawdź w Internecie jakie jest średnie wynagrodzenie na danym stanowisku. Czasami można znaleźć je dla danej firmy. Możesz też zawsze podpytać się znajomych. Nie zdawaj się na łaskę firmy. Zaniżanie swojej wartości jest słabe, ale przecenianie siebie też nie jest mile widziane. Argumentując swoje oczekiwania finansowe zawsze warto je racjonalnie uzasadnić. Wbrew powszechnej opinii odmowa na pytanie, ile chcemy zarabiać jest bardzo źle widziana i większość rekruterów skreśli nas na wstępie. Jeśli nie jesteś pewien, to nie musisz podawać konkretnej kwoty. Wskaż przedział, który Cię interesuje. Zaznacz, że temat jeszcze chętnie przedyskutujesz w przypadku chęci zatrudnienia Ciebie i tego, co firma będzie Ci mogła zaoferować. W ten sposób nie zamykasz sobie furtki. 

ZASADA NUMER 9 

Nie daj się zaskoczyć. Im więcej zaangażowania włożysz w przygotowania do rozmowy tym mniej będziesz się stresował i tym lepiej wypadniesz. To trochę jak z odrabianiem lekcji. Możesz się przyłożyć i siedzieć wyluzowany w pierwszej ławce albo liczyć na fart. Zdecydowanie polecam tą pierwszą metodę. Twoje przygotowanie podziel na kilka etapów. Najpierw poczytaj o firmie, zwłaszcza o jej wartościach, strategii, produktach i konkurencji. Następnie przygotuj sobie listę pytań, które mogą zostać zadane i opracuj odpowiedzi na nie tak, by pasowały do profilu firmy i opisu stanowiska. Zapoznaj się również z przebiegiem rekrutacji i poczytaj opinię innych o tym jak się przygotować, jakie zadawano im pytania itd. W Internecie znajdziesz też wiele wskazówek i trików, jakie są stosowane w zależności od użytych przez rekrutera narzędzi. Inaczej wygląda przygotowanie do rozmowy face2face, inaczej do telefonicznej, a jeszcze inne powino być do assessment center. 


ZASADA NUMER 10 

W sprzedaży mówi się, że ważniejsze od prezentacji jest jej zakończenie. Pamiętaj, że jesteś wizytówką marki, z którą ma się związać dana firma. Bez względu na swoje wrażenia podziękuj za spotkanie/rozmowę i wyraź chęć dalszego kontaktu. To jak rekruter Cię zapamięta może mieć znaczenie w późniejszym etapie. Nie zapominaj również, że spotkanie powinna zakończyć osoba, która je zorganizowała i to ona też pierwsza powinna podać dłoń na pożegnanie. 

Sprzedaj się!
Czytaj więcej

KTO NA TOBIE ZARABIA? STRES CZY DEPRESJA?

19.03.2014 | 0 komentarze

Masz doła? A wszyscy na około próbują Cię pocieszać i mówią – nie martw się! Myślisz – łatwo im powiedzieć. Wcale nie. Są tacy, którzy się z tego cieszą i mało tego jeszcze na Tobie zarobią. Bierzesz? Nie? To będziesz brał. Nawet nie dziwi mnie fakt, że według WHO, depresja jest najczęstszą chorobą psychiczną, a w 2020 roku zajmie drugie miejsce wśród najważniejszych problemów zdrowotnych na świecie. W samej Polsce zaburzenia depresyjne dotykają ponad 1 mln osób. Znacie to uczucie? Powód?

Obraz: według WHO, depresja jest najczęstszą chorobą psychiczną,
Image courtesy of Naypong / FreeDigitalPhotos.net

Ogólna frustracja, niezdrowy tryb życia, problemy rodzinne lub zawodowe. Przyczyn tak naprawdę jest wiele. Pracujemy po 16 godzin, na 1,5 czy dwa etaty, żyjemy w wielkim pośpiechu i ponosimy tego konsekwencje w postaci obniżenia nastroju, strachu, niepokóju, braku odczuwania przyjemności i satysfakcji. Człowiek czuje się przygnębiony, beznadziejny, czasem nawet przepełniony myślami o śmierci. Jak każdą chorobę cywilizacyjną można ją skutecznie leczyć. W naszym kraju niestety tylko 50 procent chorych przyznaję się, że ma depresję i próbuje ją leczyć. Kraje z niskimi i średnimi dochodami poświęcają mniej niż 1 procent ogólnych wydatków zdrowotnych na choroby psychiczne. Edukacja społeczeństwa jest mocno zaniedbana, czego nie można powiedzieć o biznesie z tym związanym. Na rynku, co krok pokazują się nowe suplementy diety pomagające zwalczyć stres, złe samopoczucie i depresję. Ludzie atakowani są reklamami obiecującymi im wigor i niekończące się dobre samopoczucie. Na takich naiwnych firmy farmaceutyczne zbijają fortunę i prześcigają się w tworzeniu coraz to nowych polepszaczy. Rynek suplementów rośnie wyjątkowo dynamicznie. Patrząc na ilość reklam nie wierzę, by ta dynamika mogła się obniżyć. Myślę zresztą, że na wielki kawałek tortu mają też ochotę producenci tzw. miękkich narkotyków na czele z marihuaną. Obama oficjalnie przyznał się, że też palił trawkę i nie będzie blokował jej legalizacji w kolejnych stanach. Jeszcze tylko brakuje, by dopalacze też stały się suplementami diety. Innymi słowy wspaniałych metod walki z depresją nie brakuje i co raz więcej rodzi się w tej dziedzinie samozwańczych autorytetów. Czym jest i skąd się wzięła ta nowa nisza rynkowa?

Obraz: suplementy diety na stres, złe samopoczucie i depresję
Image courtesy of Paul / FreeDigitalPhotos.net

Rozróżnia się kilka rodzajów depresji. Jednym z nich jest depresja epizodyczna. Określa się ją na podstawie czasu trwania, który nie przekracza dwóch lat. Poza tym, jej początek jest łatwy do zauważenia. Zupełnie innym typem jest depresja przewlekła, która trwa ponad dwa lat. Depresję można podzielić jeszcze na endogenną, czyli mającą pochodzenie biologiczne i egzogenną, a więc wywołaną stresem. Groźniejsza jest ta pierwsza. Aby depresję została sklasyfikowana, jako duża, potrzeba w jej objawach zauważyć m.in. spadek lub wzrost masy ciała, spowodowany odpowiednimi zmianami apetytu, brak radości z życia oraz zainteresowania codziennymi zajęciami, bezsenność lub wręcz przeciwnie – senność. Objawy muszą trwać przez ponad 14 dni i wzajemnie sobie towarzyszyć w liczbie przekraczającej pięć. Najsmutniejsze, jednak w tym wszystkim jest to, że tzw. „dół” oznacza nie tylko smutek i brak motywacji, do czego kolwiek, ale przede wszystkim stratę czasu, którego i tak większość z nas ma nie za wiele. Analizując „dół” z czysto ekonomicznego punktu widzenia możemy go skategoryzować, jako „koszt utraconych korzyści lub możliwości”. Że, co? – mógłby się oburzyć nie jeden „zdołowany”.

Spróbuj popatrzeć na Twój stan i problem w kategoriach zysków i strat. Kiedy się dołujesz, zwykle gorzej wykonywana jest Twoja praca, co oznacza gorsze efekty, a w rezultacie Twój szef zaczyna Cię postrzegać, jako mało wydajnego pracownika – wręcz przynoszącego straty. To może się skończyć zwolnieniem z pracy, a w najlepszym przypadku wysłaniem na przymusowy urlop. Przykład drugi – „masz doła” i nie chcesz nikogo widzieć. W porządku. Z początku znajomi to zrozumieją. Będą dzwonić i pisać sms-y, próbując Cię pocieszyć, ale z czasem ich motywacja zacznie spadać. Zrozumieją, że to strata czasu. W rezultacie w ogóle przestaną się odzywać, a Ty zostaniesz sam. A co gorsza ludzie przykleją Ci łatkę „marudera”. Zapomnij o darmowych piwach, zaproszeniach, imprezach, itd. Wygląda na to, że znowu przegrałeś. Za to producent suplementów diety właśnie zaciera ręce i cieszy się z kolejnego potencjalnego klienta. Takich przykładów i kalkulacji można wyliczyć jeszcze wiele. Z pewnością najbardziej abstrakcyjnym będzie tzw. „samotność z wyboru”. Powszechnie wiadomo, że nikt nie lubi maruderów – tyczy się to zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Zapomnij, zatem o jakimś związku z przyszłością. Myślisz – świetnie, mogę być do końca życia sam(a). Proszę bardzo. Ale, czy rzeczywiście zawsze będzie Cię stać na takie życie? Większość ludzi dąży do dzielenia kosztów na dwóch. Dajmy na to taki kredyt – banki dużo chętniej dają je parom lub małżeństwom niż zamożnym singlom.

Obraz: stres i depresja nie opłacają się. Oni zarabiają. Ty tracisz.
Image courtesy of Stuart Miles / FreeDigitalPhotos.net

Po tym wszystkim zastanawiacie się pewnie, co próbuję Wam powiedzieć. Przesłanie jest bardzo proste – „dołowanie się” i marudzenie zwyczajnie nie opłaca się nikomu z racjonalnego punktu widzenia. Chyba, że jesteś pracownikiem jednej z firm produkującej VigorUP, Stress-Control, Hepi. NeoMag Stres, czy inny badziew. Co masz, zatem zrobić, gdy już ten „kosztowny stan” Cię dopadł? Na początek proponuję się wypłakać, wykrzyczeć, po prostu wyładować emocje – nie uszkadzając przy tym nikogo i nie wplątując się w kolejne kłopoty. Następnie skup się na uprzyjemnianiu życia np. pójdź do kina, zjedz pizze, czy trzy tabliczki czekolady. Mało, kto wie, że czekolada podwyższa poziom serotoniny i endorfin w naszym mózgu, co wpływa na poprawę nastroju. W Nowej Zelandii prowadzi się nawet zajęcia z tzw. „czekologii”. Każdy lubi coś innego, więc skup się na tym, co lubisz akurat Ty. Najważniejsze żebyś zrozumiał, że jednak istnieją rzeczy, które sprawiają Ci przyjemność. I pamiętaj – żadnych wyrzutów. Życie jest po to, żeby się nim cieszyć. Wzór „męczennika” już dawno odszedł do lamusa.


Po kilku takich „szaleństwach” czas wziąć się w garść – koniec błogiego lenistwa, bo to też się w dłuższej perspektywie nie opłaca. Kolejny krok to stworzenie planu działania. Zacznij od wypisania na kartce tego, co Cię dołuje, z czym masz problem. Następnie zabaw się w innowatora i zapisz obok wszystkie możliwe rozwiązania dla Twoich problemów. Wszystkie oznacza nawet te najbardziej irracjonalne. Ważne, żeby Twój mózg zaczął myśleć kreatywnie. Możesz przy tym poradzić się znajomych lub też zaczerpnąć pomysły z książek, czy filmów. Może np. kojarzysz jakąś telewizyjną postać, która miała podobne problemy? Pamiętaj, tylko że skupiasz się tu na pozytywnych postaciach, bo ze złego nic dobrego nie wychodzi. Kiedy masz już taką gigantyczną (mam nadzieję) listę rozwiązań, należy teraz każdą z opcji ocenić pod względem tego na, ile każda z nich jest możliwa w realizacji. Odpowiedz sobie na pytania: co potrzebuję? kogo potrzebuję? w jakiej ilości/wymiarze? kiedy? i jakie jest prawdopodobieństwo, że to załatwię? Wybierz rozwiązanie optymalne, a następnie zrób dokładną rozpiskę tego, co po kolei zrobisz, żeby zrealizować swój cel. Powodzenia! Jestem pewna, że wkrótce będziesz się śmiał ze swojego „doła” i zrozumiesz, że większość „dołów” bierze się z określonych problemów, a te zawsze można jakoś rozwiązać. Jak, to powiedział kiedyś Einstein – „to, że ktoś czegoś nie rozwiązał nie oznacza, że tego się nie da”. Tak, więc nie łam się, tylko przełam się, a Twoje życie będzie bardziej kolorowe. Połowa z sukcesów bierze się z pozytywnego nastawienia. Pamiętaj też, że życie to nie bajka, a większość wybitnych ludzi podążało ruchem sinusoidy. Co Cię nie zabije, to Cię wzmocni.

Obraz: Korzystaj z życia i walcz z depresją - wino, owoce morza
Image courtesy of zole4 / FreeDigitalPhotos.net

Czytaj więcej