ŚWIĄTECZNA KOMERCHA CZYLI DLACZEGO WOLĘ PALMY

28.12.2013 | 0 komentarze

Świąteczna komercha, to coś czego tygryski nie znoszą, a spece od marketingu kochają. Od pewnego czasu odnoszę wrażenie, że Święta urosły do rangi jakieś wielkiej zbiorowej konsumpcji i napchania brzucha na wypadek ewentualnej klęski głodu. Może trochę przesadzam, ale co roku robi mi się niedobrze na samą myśl o świątecznych zakupach.

Obraz: bombki symbolizujące świąteczne wyprzedaże
Image courtesy of Salvatore Vuono / FreeDigitalPhotos.net
Tysiące pseudo promocji, tłumy przepychających się wózkami ludzi, kolejki jak za komuny i zabawa, w kto pierwszy ten lepszy. Mówi się, że Święta to czas wyjątkowy, kiedy wszyscy spotykamy się w gronie najbliższych i jak za dotknięciem magicznej różki znikają wszelkie niesmaki i złości, bo wiadomo, że w Wigilię nie wypada smucić się, czy kłócić. W końcu Święta Bożego Narodzenia, to czas radości bez względu na, to, czy ktoś jest wierzący czy nie. Święta te mają tyle w sobie uroku, że obchodzą je nawet ateiści. Niestety, cały ten blask znika wobec tego całego przepychu i gigantycznej konsumpcji. Czy doprawdy Święta muszą kończyć się bólem brzucha z przejedzenia, czy rozbitym zderzakiem dzięki nadmiernym procentom? Doprawdy wkurza mnie to, że ludzie na Święta zachowują się, tak jak, by jeść można było tylko raz w roku a jutro miałby być koniec świata. Nie będę jednak rozwodzić się nad rysem historycznym naszego zachłyśniętego kapitalizmem narodu, ale nie da się też ukryć, że za całym zamieszaniem stoi marketing. Jeszcze nie wyprzedano zniczy, a już przy sklepach stawia się choinki i ozdoby świąteczne. W tle oczywiście obowiązkowo największe hity takie jak Last Christmas oraz przebijające się jedna za drugą promocje świąteczne. Czy tego chcemy, czy nie, żyjemy Świętami już od połowy listopada, a wszystkie nasze wydatki koncentrują się na przygotowaniach do nich. 

W tym roku postanowiłam od tego uciec i na początku grudnia wybrałam się na dwu tygodniowe wakacje na Wyspy Kanaryjskie. Nie bez powodu zaplanowałam powrót na 23 grudnia tak, aby ominąć to całe świąteczne wariactwo. Wygląda na to, że plan udał się. Okres przedświąteczny w turystycznym miejscu rządzi się zupełnie innymi prawami. Przede wszystkim nie ma czegoś takiego jak świąteczne promocje, bo promocje są tu przez cały rok z zasady, jako że całe Wyspy Kanaryjskie znajdują się w strefie bezcłowej. Nie znajdziemy tu też reklam związanych ze Świętami, z jedzeniem itd. Za, to zewsząd będą do nas krzyczeć banery reklamujące perfumy, markowe ciuchy i okulary. A wszystko dlatego, że ludzie tu nie przyjeżdżają, żeby celebrować Święta, ale, by wakacjować się. 

Obraz: plakat reklamujący okulary firmy Ray Ban

Również choinka nabiera zupełnie innego znaczenia, gdy stoi w towarzystwie palm, a na zewnątrz mamy ponad dwadzieścia stopni Celsjusza i słoneczną pogodę. W Polsce przywykliśmy do oglądania szopek w kościołach. Tymczasem na Kanarach efektowną makietą szopki może pochwalić się prawie każde centrum handlowe i hotel. W ten sposób szopka znów nabiera innego znaczenia. Z symbolu religijnego staje się jedną z atrakcji turystycznych.


Obraz: świąteczna choinka i figury piaskowe na plaży w Las Palmas na Gran Canaria


Zdecydowana większość Europejczyków kojarzy ze Świętami również śnieg, czyli coś czego poza Teneryfą na żadnej wyspie nie znajdziemy. To, za to czego tutaj nie brakuje, to oczywiście pustynnego piasku i ten produkt Kanaryjczycy potrafią doskonale wypromować. W Las Palmas, która jest stolicą wyspy Gran Canaria na miejskiej plaży zostały zbudowane z piasku sceny biblijne przedstawiające życie Świętej Rodziny od momentu zesłania łaski na Maryję aż do narodzin Jezusa. Całość jest podświetlona, więc "piaskową szopkę" można zwiedzać praktycznie przez cały dzień. Jeśli na koniec nie wystarczą nam nasze własne zdjęcie możemy dodatkowo zakupić widokówkę ze zdjęciami poszczególnych figur.


Obraz: Bożonarodzeniowa szopka i  figury piaskowe na plaży w Las Palmas na Gran Canaria


O tym zaś jak powstała piaskowa wystawa oraz co więcej wyspa oferuje na Święta można przeczytać w specjalnym świątecznym magazynie, który jest dostępny w większości hoteli. A co można robić przed Świętami poza gigantycznymi zakupami? Opcji nie brakuje. Poza zwiedzaniem niesamowitych krajobrazów wulkanicznych można oddać się urokom leniuchowania na plaży lub bardziej aktywnemu spędzaniu czasu, bo, jeśli chodzi o infrastrukturę sportową wysp, to można tu znaleźć wszystko począwszy od nurkowania, surfowania poprzez jazdę konną aż po kitesurfing i jazdę samochodami buggy. Kiedy na koniec dnia opadniemy z sił warto wybrać się na jakiś koncert flamenco lub jakieś lokalnej grupy. Miejsc z muzyką live tutaj nie brakuje i raczej nie usłyszymy w nich żadnej kolędy. Na wyspach Święta są obchodzone, ale odnosi się wrażenie, że raczej stanowią tło dla całorocznej aury wakacyjnej, dla której przybywają tu na Święta tysiące turystów z całego świata. Ludzie oderwani od całego zgiełku świątecznego skupiają się, moim zdaniem na tym co najważniejsze, czyli na spędzaniu wspólnego czasu w gronie rodzinnym. Bardzo fajnie pokazuje, to świąteczna reklama marki Nivea, która przypomina nam, że "najważniejszy prezent to rodzina". 


Podobnie reklama Tymbarka zamiast wprost zachęcać do zakupu soku w dyskretny sposób podpowiada, że w Święta dobrze być razem. Właśnie tego typu reklamy sprawiają, że Święta nabierają blasku a ludzie chcą się nimi cieszyć. Odrzucają mnie reklamy typu Kaufland, gdzie informuje się o specjalnych cenach na napoje gazowane i słodkie napoje przesiąknięte chemią dla dzieci. Od kiedy to  tego typu produkty stanowią najważniejsze elementy na świątecznym stole? Nie dość, że taka reklama sprowadza Święta do pustej konsumpcji to jeszcze promuje niezdrowy styl życia. 
Czytaj więcej

PIERDZENIE KTÓRE OCALIŁO ŚWIAT

13.12.2013 | 0 komentarze

Follow my blog with Bloglovin
Podobno zima bez śniegu to jak nie zima. Jedni na nią wyczekują inni przeklinają za mroźne temperatury. W niektórych krajach ludzie wręcz marzą o śniegu. Do takich z pewnością należą twórcy reklamy z pierdzącą wiewiórką. Dla jednego z miasteczek gryzoń stał się symbolem bohaterstwa. A wszystko dzięki wyjątkowej sile działania włoskiej gumy do żucia Air Action Vigorsol. Przy niej producenci Airwaves i Orbit mogą się schować. Teraz już wiadomo, że najlepsze ochłodzenie i świeży oddech zapewnia tylko Air Action Vigorsol.

Obraz: rysunek na asfalcie przedstawiający pierdzącą wiewiórkę
Źródło: https://shutterjet.wordpress.com/2012/03/16/rob-ford-inspired-graffiti-and-art/white-squirrel-fart-close-up/
Trzeba przyznać, że ta reklama podobnie jak poprzednie tej marki, w dosyć nietypowy i szokujący sposób promują produkt. Z drugiej strony taką reklamę trudno zapomnieć i jest ona świetnym materiałem na virala, który jest jednym z najskuteczniejszych narzędzi marketingu wirusowego. Mechanizm działania jest tak samo prosty jak wspomniane pierdnięcie. Dostajesz od znajomego filmik. Jeśli po obejrzeniu uznasz go za wartego polecenia, przesyłasz go dalej. W ten sposób viral rozprzestrzenia się po Internecie niczym wirus grypy zakażając coraz to nowych użytkowników. Przeciętnie 40 -60% virali, które trafi do skrzynek odbiorczych wysyłanych jest dalej. Również w przypadku kampanii Air Action Vigorsol odnotowano ogromny ruch na poziomie tysięcy odwiedzin strony producenta gumy. Niski koszt uzyskania ruchu to tylko jeden z wielu przyczyn rosnącej popularności virali na zachodzie. Dodatkowo firma zyskuje rozpoznwalność wśród potencjalnych konsumentów oraz buduje pozytywny stosunek do marki.

Czytaj więcej

KAŻDA DROGA SZMATA JEST COOL

11.12.2013 | 2 komentarze

Czy zdarzyło Ci się usłyszeć, że masz coś sexy, a może raczej, że coś, co robisz jest passe? W telewizji, w pracy, czy na ulicy często słyszymy trendy, na czasie lub jazzy. Niektórzy używają ich tylko dlatego, że inni czynią podobnie. A jacy są Polacy? Czy podążają za trendami? Niestety, krążące w eterze statystyki mówią same za siebie. Tak jak w sporcie i w modzie pozostajemy wciąż na szarym końcu. Czy, to oznacza, że jesteśmy jako naród bandą przebierańców pozbawionych poczucia smaku? Anja Rubik uważa, że Polacy ubierają się całkiem fajnie i wcale nie różnią się w tej materii wielu od swoich kolegów z zagranicy. Powszechnie wiadomo też, że większość studentów wybiera Polskę na Erasmusa ze względu na pięknie wyglądające i dobrze ubrane dziewczyny. Czy zatem źródło sprzeczności leży w tym, że coś, co jest trendy jednocześnie może takie nie być? Podobnie jak DeeDee Gordon i Baysie Wightman, najbardziej znane coolhunterki na świecie, jestem zdania, że tak, bo wszystko zależy od tego, kto to nosi. Dlaczego? Kluczem jest szukanie cool-ludzi, a potem cool-rzeczy, co w praktyce oznacza, że zabawne buty futrzaki ubrane do letniej sukienki z pewnością nie miałyby szans przebicia się, gdyby nie zaczęła w nich paradować po londyńskich ulicach Kate Moss.

Obraz: are you trend follower or trend setter?
Źródło: http://foxonstocks.com/trend-follower-or-trend-setter/

Moda w naszym życiu zaczyna odgrywać coraz większą rolę, a bycie cool stało się zjawiskiem masowym. Socjologowie od lat zajmują się badaniami na ten temat, a spece od marketingu skwapliwie czerpią z wyników ich pracy. Niestety albo i stety trendy zmieniają się błyskawicznie i są przelotne. Lekarstwem może być np. marketing szeptany, który jest czymś naturalnym. To, po prostu zwykła wymiana opinii. Zdarza się codziennie, w każdej chwili. Każdy z nas bierze w tym udział. To właśnie naturalne zachowanie zostało wykorzystane przez marketingowców na szerszą skalę. 

Dlatego nowe zawody takie jak coolhunter, czy trendsetter nadal dokonują rewolucji we współczesnym marketingu. Bez marketingu wirusowego nie istniałaby również blogosfera. Coolhunterzy dostarczają ciekawostki, wychwytują nowinki i dostarczają te informacje firmom, które potem lansują nowe nurty. Na ich pracy wzorują się właściciele najbardziej znanych marek. Firma Levis w tym celu stworzyła nawet w Londynie specjalną creative development team,zajmującą się wykrywaniem nowych trendów wśród młodzieży. Reebok, gdy tylko dowiedział się od swoich coolhunterów, że w wypuszczonej przez niego serii butów wszyscy wycinają języki, w następnym roku wprowadził zupełnie nowy fason. By utrzymać swoją markę jak najbliżej klientów, firmy masowo zatrudniają coolhunterów, którzy potem przeczesują nasze ulice, zaglądają do naszych szaf.


Obraz: coolhunterzy i trendsetterzy

Zupełnie w innej roli występują trendsetterzy, których główną rolą jest promowanie nowych marek i tworzenie pozytywnego klimatu wokół starych. Trendeksperci zwykle jako pierwsi otrzymują nowe produkty i proszeni są o wyrażanie opinii na ich temat oraz zebranie opinii znajomych. Takie osoby tak naprawdę nie jest trudno rozpoznać. Ot fajny gość. Bywa w różnych fajnych miejscach, zawsze dobrze ubrany, na luzie, miły, ale co najważniejsze wyróżnia się w tłumie. Nawet się nie obejrzysz, a już będzie twoim przyjacielem. Już po krótkiej rozmowie z nim będziesz chciał być dokładnie taki jak on. W tym momencie stajesz się nieświadomie kolejną ofiarą marketingowej machiny jakiegoś koncernu. W tej roli, jednak przede wszystkim spełniają się m.in. dj-je, dziennikarze telewizji muzycznych, artyści, celebryci. Tacy ludzie mają na nas ogromny wpływ, a więc także na to, co nosimy i kupujemy.

Obraz: Tabula Rosa, 2004. Borjana Ventizlavova, Miroslav Nicic & Mladen  Penev
Tabula Rosa, 2004. Borjana Ventizlavova, Miroslav Nicic & Mladen  Penev, źródło: https://www.adbusters.org/content/brand-baby-1

W Polsce te profesje jeszcze nie są tak doceniane jak zagranicą, ale już od jakiegoś czasu nabierają znaczenia. Za jednego z narodowych tendsetterów uważa się m.in. Oliwiera Janiaka, czy Annę Horodyńską. Nie brakuje ich też wśród modowych blogerek, które póki co podbijają polskie pokazy mody. Ja, jednak wierzę, że Polska w niedalekiej przyszłości będzie mogła stanąć w jednym szeregu z Londynem czy, Paryżem.



Czytaj więcej

KRWAWA OPOWIEŚĆ WIGILIJNA

02.12.2013 | 0 komentarze

Do napisania tego tekstu zainspirowała mnie stojąca obok w metrze para:
- Patrz na to obrzydlistwo! Jak można mówić o pozytywnym myśleniu i pokazywać coś takiego?
- Masz rację kochanie. Tego powinni zakazać...

Obraz: zabijany karp przed Wigilią
Źródło: www.epiotrkow.pl

Zaintrygowana tą konwersacją oderwałam wzrok od komórki i spojrzałam w oczy znajdującemu się na billboardzie karpiowi. To była świąteczna reklama Carrefour - karp żywy z polskich hodowli. Nie powiem slogan "Pozytywnie każdego dnia" pasował tu jak kwiatek do kożucha. W tym momencie zastanawiam się, czy jest on skierowany - do karpia, który napierw udusi się, a potem dostanie w łeb, czy do klienta, który mu w ten łeb da? W obu przypadkach to chyba jakiś absurd. Bo, czy można odczuwać satysfakcję z zakupu ryby,  która godzinami męczyła się w małym sklepowym "akwarium"?

Przyznaję, że kocham jeść ryby, a karp jest jedną z moich ulubionych, ale to nie znaczy, że godzę się na ich niehumanitarne traktowanie. Niestety, nie było tak zawsze. Wszystko zmieniło się pewnej Wigilii...

W dzieciństwie jako jedynaczka czułam się bardzo samotna, a już najgorsze były dla mnie Święta, kiedy to wszyscy moi rówieśnicy z podwórka spędzali czas ze swoimi rodzinami. Jak każde dziecko marzyłam o jakimś zwierzątku, ale na moje nieszczęście jakiś lekarz wmówił rodzicom, że mam alergię. W efekcie nawet nie mogłam mieć "głupich" rybek. Mój Tata, co prawda wielokrotnie proponował mi uruchomienie hodowli mrówek lub innych insektów, ale jak, by, to powiedzieć? - "średnio mnie to kręciło".


Obraz: billboard reklamujący sklep Carrefour i promocję na karpia

Za to na Święta Bożego Narodzenia zdarzał się cud i to był wyjątkowy czas. Był, to jedyny okres w roku , kiedy przyjeżdżał do nas w odwiedziny świąteczny karp z krainy karpiów. Tak, tak - jedni czekali w Wigilię na Mikołaja, a ja czekałam na karpia. Co roku odwiedzał nas inny przedstawiciel gatunku i zawsze zostawał tylko do kolacji. Potem zgodnie z tradycją wracał do swojej krainy.

Tego pamiętnego roku zawitał do nas karp John. Jak zwykle przyjęliśmy go iście królewsko. Przez dwa dni miał całą wannę tylko dla siebie oraz całą masę zabawek. John był niezwykle towarzyską rybą. Godzinami przy nim przesiadywałam i opowiadałam bajki.

Nadeszła Wigilia.Wybiła godzina 15. John musiał wracać do domu. Czyli Święta i po Świętach - pomyślałam. W te stało się, jednak coś strasznego. Babcia pierwszy raz nie domknęła drzwi od kuchni. Z impetem wparowałam i krzyk!

Do dziś mam jeszcze przed oczami ten obrazek - leżący na stole John, a nad nim Babcia z tasakiem. Od tamtego dnia nikt już z mojej rodziny nie kupuje żywego karpia. Moja Mama zresztą do dziś mi wypomina, że wyzwałam całą rodzinę od morderców i że jej nienawidzę za to, że zjedli mojego przyjaciela Johna.

Obraz: kampania społeczna Klubu Gaja "Jeszcze żywy karp"
Źródło: http://www.jeszczezywykarp.pl/

Oczywiście, ta cała historia nie ma być jakimś moralizatorem z mojej strony, ale raczej prośbą - nie wspierajcie tego rzeźniczego rynku, który pozwala na zdychanie w okropnych męczarniach tysięcy ryb. Nie bawcie się w kata. Kupujcie karpia w płatach. A, jeśli ten aspekt Was nie przekonuje, to może spójrzcie na, to z praktycznego punktu widzenia. Patroszenie ryb w domu, sprzątanie po nich i usuwanie zapachu z wanny, to w końcu kupa nikomu niepotrzebnej roboty.  A co na, to karp? Posłuchaj jego  Opowieści Wigilijnej.

Czytaj więcej

ZASMAKUJ ŚWIATA ZA PIĄTAKA I PRZY OKAZJI ZRÓB COŚ POŻYTECZNEGO

24.11.2013 | 0 komentarze

Filipiński pudding, armeńskie wino, tunezyjskie figi, czy ukraińska czekolada? A Ty? Na co masz ochotę? To tylko niektóre z przysmaków, które czekały w niedzielę na odkrycie na kilkuset metrach hotelu Marriott w Warszawie. Mowa tu oczywiście o Międzynarodowym Kiermaszu Dobroczynnym (International Charity Bazaar). Jego organizatorem jest Grupa SHOM zrzeszająca panie ambasador i żony rezydujących w Polsce dyplomatów. Impreza odbywa się we współpracy z polskim Ministerstwem Spraw Zagranicznych. Jego początki sięgają 1999 roku, kiedy to żona ówczesnego ambasadora Belgii, Elena C. van Hellemont wraz z kilkoma innymi małżonkami ambasadorów postanowiły zorganizować comiesięczne nieformalne spotkania. Od 2008 r. grupa podjęła działalność charytatywną. Od tamtej pory pomogła już 25 różnym organizacjom. Słowa uznania należą się też dyrekcji hotelu Marriott, która udostępnia nieodpłatnie sale  na potrzeby wydarzenia.  


Obraz: Międzynarodowy Kiermasz Dobroczynny w Marriocie

Impreza ma formułę "wielkiego targu" składającego się z licznych stoisk, na których praktycznie można było znaleźć wszystko począwszy od szwajcarskich czekoladek Lindt po egipski papirus, rosyjskie matrioszki, a skończywszy na chińskiej porcelanie i filipińskich perłach. 



Narodowe przysmaki kulinarne oraz pamiątki na kiermasz przekazują uczestniczące w nim ambasady. Za "bazarowym" eventem kryje się, jednak szczytny cel - dochód z imprezy zostanie przekazany na cele charytatywne m.in. na potrzeby SOS Wioski Dziecięce, the Amicus Foundation, Centrum Praw Kobiet i Domu Wspólnoty Chleb Życia oraz innych mniejszych organizacji. 


Obraz: Stanowisko Filipin na Międzynarodowym KiermaszuDobroczynnym w Marriocie

Impreza trwała od rana aż do godziny 17 i bez dwóch zdań frekwencja dopisała, a wręcz było tłumnie, co niestety momentami było uporczywe dla kogoś, kto, tak jak ja nie znosi tłumów i kolejek. Ambasady rzeczywiście stanęły na wysokości zadania, bo jeśli chodzi o asortyment, to był pełen przekrój poprzez najbliższych sąsiadów Polski, a skończywszy na krajach Dalekiego Wschodu i Ameryki Południowej.

Obraz: Daleki Wschód i Ameryka Południowa na Międzynarodowym Kiermaszu Dobroczynnym w Marriocie

Wszystko brzmi fajnie, ale niestety muszę przyznać, że trochę rozczarowałam się formułą imprezy. Przede wszystkim zabrakło dla mnie większej ilości degustacji i interakcji. Niestety, większość stoisk skupiła się na czystej sprzedaży, a nie na możliwości zaprezentowania czegoś oryginalnego, niedostępnego, na co dzień. Odniosłam też wrażenie, że niektóre "kraje" nie do końca zrozumiały formułę imprezy. 

Przykładowo stoisko Niemiec wyglądało jak stanowisko Lidla na targach FMCG - poza różnymi żelkami i słodyczami prosto z Lidla nie było tam nic więcej. 

Obraz: armeńskie wino i szwajcarskie czekoladki na Międzynarodowym Kiermaszu Dobroczynnym w Marriocie

Patrząc na niektóre stoiska czasami odnosiło się wrażenie, że powstały one na zasadzie "zbierzmy to, co mamy w domu i wystawmy na sprzedaż". Ten pomysł jak dla mnie nie miał szans sprawdzenia się. Najlepiej to było widać na stanowisku włoskim, gdzie można był zarówno znaleźć ubranka dziecięce, makarony, kawę i tu uwaga - torebkę BATYCKI ? O, ile dobrze kojarzę, to jest, to polska marka. Co zatem robiła na stoisku włoskim? Być może powędrowała tam w ramach transferu ze stanowiska polskiego. Swoją drogą, uważam, że Polska zaprezentowała się bardzo dobrze. Można tu było nie tylko spróbować polskich przysmaków, ale również obkupić się zarówno w tradycyjne wyroby, jak i designerskie fanty. Oczywiście, nie mogło tu też zabraknąć najważniejszego produktu eksportowego, czyli wódki. Tym razem zaprezentowała się ona w efektownej butelce w kształcie bombki. Jak dla mnie to bardzo fajny  i na czasie pomysł. 

Trochę ponarzekałam, to teraz czas na pochwały. W moim odczuciu najlepiej zaprezentowały się kraje afrykańskie oraz azjatyckie, które przede wszystkim oferowały piękne i oryginalne "hand made" produkty, które w prosty sposób oddawały kulturę danego kraju. Moją uwagę zwróciły m.in. nigeryjskie nakrycia na głowę, algierskie obrazy z pustynnego piasku. Przyznaję, że naprawdę cała masa produktów zasługiwała na uwagę, a co więcej na zakup. Patrząc po niektórych torbach, to wiele osób dało ponieść się zakupowemu szaleństwu. Jako poszukiwaczka nowych smaków również i ja nie mogłam oprzeć się tej przyjemności. Na początek zaserwowałam sobie wietnamskie pierożki z krewetkami i mlekiem kokosowym a na deser szwedzkie kruche ciasteczka ze skórką pomarańczową. Na koniec zakupiłam ciastka szwajcarskiej marki, której do tej pory nie spotkałam w naszym kraju i armeńskie pół słodkie wino z granatu. Przyznaję, że armeńskie trunki kusiły nie tylko oryginalnymi smakami, ale przede wszystkim ciekawymi butelkami w różnych kształtach. 



Czytaj więcej

NIEFOTOGRAFICZNE KOLEKCJE H&M

21.11.2013 | 0 komentarze

Czy ktoś z Was jeszcze pamięta dzień, w którym otworzono 3-piętrowy sklep H&M przy Marszałkowskiej w Warszawie? Ja doskonale, bo tego dnia przeżyłam ogromne rozczarowanie. Od miesięcy nikt nie mówił o niczym innym jak o otwarciu nowego salonu w centrum stolicy. Niektórzy ludzie (zawsze zastanawia mnie motywacja takich osób) czatowali pod sklepem już w nocy. Tymczasem dla mnie okazał się on być kolejną sieciówką ze słabej jakości  ciuchami rodem z secondhand-ów stąd tylko różnicą, że ceny  nie były lumpeksowe.

Obraz: David Beckham dla H&M - kolekcja bielizny 2012

Na szczęście albo na nieszczęście, bo zależy, kto co lubi  z upływem czasu marka przeszła naprawdę ogromną metamorfozę. Mimo, że wciąż nie grzeszy jakością, to designem dogoniła taką, chociażby Zarę i zagościła również w mojej szafie, podobnie jak, u co drugiej dziewczyny na ulicy. Kiedy, jednak patrzę na kolejną odsłonę kampanii billboardowych zastanawia mnie jedna rzecz. Dla H&M tworzyły m.in. takie sławy jak: Marni, Stella McCartney, Versace, Madonna, Kylie Minogue, Victor & Rolf, Karl Lagerfield, Rei Kawakubo, Sonia Rykile, Jimmy Choo i Lanvin, czyli teoretycznie marka powinna współpracować również z najlepszymi fotografami. Tymczasem patrząc na ich reklamy odnoszę wrażenie, że robił je początkujący student fotografii  i ogarnia mnie zwątpienie widząc jak są łamane fundamentalne zasady dobrej fotografii. Zniekształcone lub spłaszczone  piersi modelek w kolekcji Rykiel, kwadratowe przyrodzenie Beckhama, czy modelki z poobcinanymi rękami to tylko jedne z nielicznych smaczków, których się doszukałam. A może Wy też jakieś dostrzegliście? Może będę oryginalna w swoim zdaniu, bo przecież o gustach się nie dyskutuje, ale osobiście uważam, że ze znanych mi modowych marek dużego formatu to H&M ma najgorsze zdjęcia.  Ale może tylko czepiam się? Za to szczerze doceniam  w tym temacie markę Reserved. Każda kampania przy okazji nowej kolekcji ma swój oryginalny i moim zdaniem przemyślany styl, a modelki  zachęcają być ubrać się właśnie u nich. Brawo dla ojców-założycieli Panów Marka Piechockiego i Jerzego Lubiańca, którzy udowodnili, że polska marka ma klasę i może śmiało konkurować z zagranicą nie tylko stylem, ale również komunikacją marketingową.

Obraz: Sonia Rykiel dla H&M - kolekcja wiosna 2010

Warto dodać, że H&M zaliczył również wpadkę nie tylko estetyczną, ale również etyczną, za którą musial publicznie przeprosić. Powodem byla kampania reklamowa strojów kąpielowych w sezonie lato 2012, której twarzą była znana brazylijska modelka Isabel Fontana. I to właśnie jej się też oberwało. Oburzenie w wywołała zbyt intensywna opalenizna modelki i markę oskarżono o promowanie zachowania groźnego dla zdrowia, bo jak każdy wie nadmierne opalanie może doprowadzić w najlepszym przypadku do poparzenia a w najgorszym do raka skóry. Nie był to zresztą pierwszy raz, kiedy gigantowi postawiono tego typu zarzuty. Wcześniej H&M był atakowany z powodu umieszczania w swoich kampaniach reklamowyh bardzo chudych modelek. Późniejsza współpraca firmy z Anją Rubik pokazuje jednak, że marka ma sobie za nic oskarżenia o lansowanie wśród młodych ludzi ideału piękna, który może być zabójczy i wpędzić wiele dziewczyn w anoreksję.

Obraz: Isabel Fontana w kolekcji H&M lato 2012






Czytaj więcej

UDERZAJĄCE OLEOLE CZYLI POZNAJ GRANDE OKAZJON W AKCJI!

20.11.2013 | 1 komentarze

Stoję sobie spokojnie na stacji metra, a tu nagle szok. Po prostu mnie zatkało. Na ekranie Stroer pojawia się biało-czarna tablica strzelnicza, a po chwili blond laska topless, która przybliża i oddala od siebie ananasy na wysokości swojego biustu...Zastanawiam się, o co chodzi, więc z ciekawości oglądam dalej, bo nie wierzę, że to może być jakaś reklama. A tu niespodzianka - nagle mym oczom ukazuje się Grande Okazjon! Witaj kolejna reklamo sklepu internetowego OleOle. Przyznaję, że pierwszy raz sama nie wiem, co myśleć o tym spocie. Oryginalne? Na pewno. Głupie? Jak cholera. Efektywne? Wygląda na to, że tak, bo trudno nie zapamiętać nazwy marki. Czy dobra? Proszę oceńcie sami. Zapraszam do wypatrywania spotu w oczekiwaniu na metro, a póki co jego wersja internetowa ze strony sklepu.

Obraz: reklama sklepu internetowego OleOle

Ciekawe, czy nowa kampania przypadnie do gustu Komisji Etyki Reklamy? Bowiem ostatnia reklama sklepu internetowego z grudnia ub.r. pt. "Uderzająca oferta" nie spodobała się, a wręcz wywołała oburzenie. Według Komisji reklama nie jest zgodna z przyjętymi normami społecznymi, gdyż promuje agresję i poniża kobiety. Tym samym łamie ona kodeks branżowy. Dla przypomnienia na spocie widać kobietę uderzaną przez rękawicę bokserską. Mimo zniekształcenia twarzy jest ona nadal uśmiechnięta. Powstała również wersja, gdzie uderzany jest mężczyzna. W złożonej skardze czytamy, że reklama zachęca do przemocy i budzi wyłącznie negatywne emocje, sugerując, że bicie sprawia radość.  A co Wy sądzicie o tej sprawie? Czy Waszym zdaniem OleOle zostało słusznie ukarane? Bo ja myślę, że podobny los czeka najnowszy spot.
                               






Czytaj więcej

MIĘDZYNARODOWA UCZTA DLA REKLAMOŻERCÓW 2013

17.11.2013 | 3 komentarze

Na zgubę większości ludzi wydłużają się bloki reklamowe, zwłaszcza w telewizji komercyjnej. Na szczęście są tacy, którzy poza filmami wolą oglądać dobrze skrojone reklamy. Zwie się ich „reklamożercami”. Wśród nich jestem ja i to m.in. dla mnie odbywa się od ponad 30 lat w 40 krajach międzynarodowe święto reklamy, czyli Noc Reklamożerców (po raz 22 w Polsce), unikalna w skali całego świata impreza filmowa, złożona z projekcji starannie wyselekcjonowanych reklam. W tegorocznej edycji można było ich zobaczyć prawie 300 z 50 państw. Wczoraj jeden Pan w kolejce po kawę zapytał mnie, czy „nie szkoda mi pieniędzy na oglądanie reklam, które przecież zupełne  za darmo mogę obejrzeć w TV?”. I tu mój Panie poprawka. 


Obraz: plakat reklamujący Noc Reklamożerców 2013 w Multikinie


Po pierwsze ani telewizja cyfrowa ani internetowa nie jest za darmo, a pod drugie w telewizji nigdy nie zobaczymy pełnej wersji reklamy, a max 30 sekundowy spot. Co więcej wątpię, by jakiś europejski serial przerwała reklama z Madagaskaru, Australii, czy Japonii. Cały urok festiwalu polega na tym, że podczas jednego wieczoru mamy szansę za sprawą reklam odbyć podróż dookoła świata i popatrzeć na inne kraje i kultury z dystansu. W końcu reklama, to swoiste odbicie naszej rzeczywistości, stylu życia, wartości, czy kompleksów. Nie zapominajmy również, że w tzw. zachodnich krajach reklama często urasta do piątej władzy oraz służy jako narzędzie socjalizacji społeczeństwa.

W przeciwieństwie do polityków reklama do niczego nie zmusza, niczego nie zakazuje, a jedynie sugeruje jak wygląda lepszy świat, do którego chce aspirować każdy z nas. Fakt, że niektóre spoty, to niezłe porażki, ale wśród nich trafiają się też perełki urastające do filmów krótkometrażowych i ciekawych opowieści. Inne zaś, to błyskotliwe anegdoty wywołujące uśmiech, czy też niezłe moralizatory zmuszające do głębszej refleksji. Do odbiorcy należy odczytanie znaków, symboli i tylko od stopnia jego wtajemniczenia zależy, czy poprzestanie na odkodowaniu podstawowego poziomu komunikatu, czy też odgadnie metaforę i ukryte przesłanie. I tutaj na naszą percepcję ma  wpływ również, to w jakiej kulturze wyrastaliśmy, nasz poziom wykształcenia, to jakimi wartościami kierujemy się itd.  Symbolizm  stanowiący klucz do świata kultury nie jest niczym nowym w reklamie. Czytanie reklamy, to pewien rodzaj zaproszenia do gry, do zabawy, przejścia na drugą stronę lustra.

Reklama nie jest dosłownym źródłem wiedzy o społeczeństwie, lecz bardziej filtrem, poprzez, który to społeczeństwo można badać. Bez względu na, to, czy ktoś jest fanem reklam czy nie, powinien, moim zdaniem wybrać się na taki festiwal, chociaż raz. Warto wówczas pamiętać o termosie z kawą, popcornie i poduszce, bo wysiedzieć w fotelu z krótkimi przerwami trzeba ponad 5 godzin.  Każdej edycji festiwalu towarzyszy jakiś temat przewodni. W tym roku mam wrażenie, że były to reklamy z krajów dalekiego i bliskiego Wschodu oraz Australii, czy Nowej Zelandii – jednym słowem poza europejskie. I tu jakże wielkie zaskoczenie. Do tej pory często słyszałam, że polska reklama jest daleko w tyle za reklamą zachodnią, czy amerykańską. Tymczasem, kiedy ogląda się reklamy np. z Japonii, Kambodży, czy Jamajki i Belize (pierwszy raz wśród reklamożerców), to nagle dostrzega się, jak wielka przepaść istnieje między tą częścią świata, a całą Europą w odniesieniu do kreacji i samego konceptu. Kiedy zachodni świat dąży do coraz większej kreatywności, rozbudowanej metafory druga część globu skupia się na prostym i niewymagającym użycia jakiś niezwykłych technologii przekazie „wybieraj to, co dobre, bo dobre jest dobre”.  

Obserwując reakcje ludzi w kinie zauważyłam, że w naszym kraju od reklamy zaczyna wymagać się czegoś więcej niż tylko ładnej prezentacji produktu. Reklamy azjatyckie i afrykańskie są dla nas banalne i niezrozumiałe,  a nawet wręcz pokraczne. Ku mojemu zaskoczeniu w awangardzie kreatywności pławią się takie kraje jak Ukraina, Rosja, Białoruś, Węgry, Kazachstan, Serbia i Słowacja. Podczas gdy reklamy australijskie i nowozelandzkie eksplodują poczuciem humoru. Na tle reszty wyróżnia się również Szwajcaria, która, podobnie jak kraje skandynawskie nie uznaje żadnego tabu a nagość i najniżej znajdujące się w piramidzie Maslowa potrzeby ludzkie pokazuje bez zbędnego patosu i zawstydzenia. To doprawdy zaskakujące jak poprzez pryzmat reklam można w oryginalny i niewymuszony sposób pokazać różnice kulturowe i charakterystyczne cechy narodowe.  

Oczywiście, jak każdy mam swoich faworytów, jak i tzw. czarną listę reklam za które nie zapłaciłabym ani złotówki. Reklam było ponad 300. O gustach nie będę dyskutować. Bazując, więc na własnych doznaniach estetycznych oraz teorii marketingowej zrobiłam mini ranking 13 najlepszych i 12 najgorszych, moim zdaniem reklam.

Dodam jeszcze, że poza projekcjami reklam festiwal oferował również przestrzeń reklamą na terenie kina i to wydaje mi się również ciekawy temat do omówienia w przyszłości. Tymczasem w wielkim skrócie. Podczas festiwalu można było zasmakować kuchni indyjskiej a dokładniej kurczaka z ryżem w  sosie łagodnym przygotowanym przez jedną z restauracji – generalnie pomysł trafiony, bo wiadomo, że przed seansem warto coś zjeść. Tuż obok stanowisko Mary Kay – gdzie można było powąchać wybrane artykuły kosmetyczne i zapisać się na krótkie szkolenie z makijażu. Hmmm…fajne to i nie fajne. Teoretycznie kosmetyki przyciągają. Praktycznie, kto wybierając się do kina będzie zainteresowany dłuższą dyskusją nad kremami, gdy może udać się każdego innego dnia do najbliższej galerii handlowej np. takiego Douglasa  i przetestować różnorodne produkty każdej marki? Tego typu promocje może mogły być ciekawe, ale 20 lat temu, kiedy jeszcze kosmetyki z zachodu były dostępne tylko w Pewexie i tylko dla nielicznych. Tak więc miłe Panie mówimy Wam zdecydowane nie. 


Obraz: stanowisko Tupperware na Nocy Reklamożerców 2013 w Multikinie


Po przeciwnej stronie mamy jednego z głównych sponsorów – piwo Somersby i tu brawo za doskonałe wyczucie czasu i miejsca. Wiadomo, że zarówno podczas projekcji jak w trakcie przerwy prawdziwy Polak chętnie napije się zimnego piwa. Mimo, że sama wielką fanką Somersby nie jestem, to, jednak bardzo podobało mi się zagospodarowanie przez firmę przestrzeni wystawienniczej i stworzenie w kinie zielonej strefy, w której można było sobie przycupnąć na trawce i poczuć się, jak latem. Na koniec została nam wisienka w postaci firmy Tupperware  - słynny producent m.in. genialnych pojemników na żywność i butik Malou z damską bielizną. O, ile ta pierwsza zaskoczyła wszystkich losowaniem pojemników na ser (byłam jedną ze szczęśliwców), to ta druga tylko wręczała ulotki wraz z mydełkiem. To, czy była to trafiona promocja zostawiam już Waszemu osądowi. 


Obraz: ogródek Somersby na Nocy Reklamożerców 2013 w Multikinie


Tymczasem prezentuję moją listę rankingową:

Lista 13 najlepszych (kolejność jest przypadkowa)

reklama Lenovo Yoga Tablet "Beta Test" z aktorem Ashton Kutcher (Saatchi & Saatchi Asia Pacific 2013) – za genialne wykorzystanie skojarzenia z  ostatnią rolą aktora w filmie „Jobs”

reklama papieru toaletowego Le Trèfle (Francja 2013; w Polsce marka Regina) –  za prosty i zabawny koncept

reklama Coca Cola “I love you Africa” (RPA 2010) - za dobry smak i lokalny patriotyzm

reklama szamponu Pantene ( Rosja 2012) – za ślicznie opowiedzianą historię i puentę na koniec

reklama cukru Tiense ( Belgia 2012 ) – za koncept i dobór muzyki

reklama kosmetyków do układania włosów VO5Extreme Style (UK 2012) - za koncept

reklama sosów  Althea (Włochy 2013) – za odwagę i przełamanie tabu

reklama Planet Fitness (USA 2013) – za dobrą parodię

reklama piwa Tooheys Exra Dry „Nocturnal migration” (Australia 2011) – za koncept i genialne wykorzystanie roli muzyki

reklama TheCrate Escape - Carlsberg Commercial (2012) – za humorystyczny koncept i element zaskoczenia

reklama Comsote “Veteranul” (Rumunia 2012) -  za mądry przekaz i dobrze pojęty nacjonalizm

reklama The All New2013 Toyota Corolla - Feels Good Inside (Francja 2013) – za orygnalny i śmieszny koncept


reklama soczewski Optifog  - za humor

Lista 12 najgorszych (kolejność jest przypadkowa):

reklama Mercedes – Benz „Journey” -  za pozycjonowanie mercedesa jako auta rodzinnego dla każdego oraz za nieświadome uczenie dzieci złych zachowań

reklama żelu i koszulki Mennen „Kill The Bouée” dzięki którym można pozbyć się „oponki”  (Francja 2012) – koncept super, ale dobór aktora chudzielca do walki z tłuszczykiem nietrafiony

reklama Tequila Centenario “Escucha elllamado” (Meksyk 2013) – za nietrafiony koncept połączenia tequili i aniołów

reklama komórek NTT Docomo Touch Wood - Forest Xylophone (Japonia 2011) – za sprzeczny komunikat bycia w zgodzie z naturą i jednocześnie zniszczenie drzew do produkcji reklamy

reklama ołówka Faber-Castell “Don’t Miss AWord” (Singapur 2012 ) – za zły gust i koncept oparty na brutalnej grze o zabijaniu.

reklama piwa Red Stripe “Mission ImPAWSible 3 – Party” (Jamajka 2011) – tak głupie, że aż śmieszna

reklama prezerwatyw Trojan – jak można w ogóle tak nazwać markę prezerwatyw?!

reklama napoju energetycznego Boosterds (Serbia 2011) – za głupotę w pełnej krasie 

reklama zegarków Solvil Et Titus (2012 Hong Kong) – ciężkie jak na europejską kulturę i trochę przegadane

reklama Ford Falcon  "Frogs Toads" (Australia 2012) - zabijanie płazów na ekranie jest niesmacze

reklama przypraw Mamita  - tlusta "baba" oblizująca palce jest raczej niesmaczna


reklama FunnyFedEx Commercial- Less Urgent Shipping – słabe jak na FedEx


Czytaj więcej

KAŻDY KIBIC JAK VIP

07.11.2013 | 0 komentarze

O tym, że działania marketingowe coraz częściej idą w kierunku rozwiązań niestandardowych wspominałam już nie raz. Przykład, o którym zaraz opowiem udowadnia dodatkowo, że takie rozwiązanie wcale nie musi pochłaniać gigantycznego budżetu, ba nawet nie musi być produkowane masowo. Wystarczy dobry pomysł i lokalizacja. W naszym przypadku będzie to lotnisko we Wrocławiu – budynek zachwycający wielu swoją architekturą, doskonałą baza dla lowcostów, ale raczej skromne, jeśli chodzi o infrastrukturę lotniczą.  Jako dosyć niewielkie lotnisko raczej nie oferuje ono zbyt dużego pola do popisu dla reklamodawców, co nie znaczy, że nie jest to dobre miejsce, by zapromować się. Ryzyko podjął m.in. Stadion Wrocław.


Obraz: ścianka wystawiennicza Stadionu Wrocław na lotnisku we Wrocławiu

Kiedy przyjrzymy się z bliska to w zasadzie mamy do czynienie ze zwykłą ścianką wystawienniczą typu POP UP (koszt ok. 1200 PLN), ale wystarczy tylko dodać kawałek imitacji murawy i dwa stadionowe plastikowe krzesła i mamy efekt gwarantowany. Całość wygląda efektownie, ma swój klimat i przyciąga oko. Sama forma zachęca do tego, by zatrzymać się, choć na chwilę, a nawet przysiąść i zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie. W ten sposób reklama stadionu pójdzie w świat i raczej małe prawdopodobieństwo, że ktoś nie zapamięta tego, że we Wrocławiu jest  „zajebisty” stadion. Czy ktoś z Was może już takie zdjęcie ma na koncie, a może miał przyjemność oczekiwać na krzesełku na swój lot? 

Obraz: stanowisko relaksacyjne i hot spot T-Mobile na lotnisku
Skoro już jesteśmy przy temacie reklamy na lotnisku, to chciałabym omówić jeszcze jeden przykład, który zwrócil moją uwagę w sposób pozytywny. Mowa tu będzie o stanowisku T-Mobile. Na stosunkowo niewielkiej przestrzeni został zorganizowany hot spot, w którym znajdują się  wygodne fotele i krzesła do siedzenia oraz dodatkowo w kolumny wmontowany jest automat do kawy oraz telewizor. Całość wygląda estetycznie i doskonale w wkomponowuje się w strukturę lotniska stanowiąc jednocześnie doskonałą reklamę dla sieci komórkowej.

Warto dodać, że zagranicą operator  jeszcze dobitniej zaznaczył swoją obecność na lotnisku wykorzystując narzędzie flashmobu i marketingu wirusowego. Na terenie lotniska Heathrow w Londynie zorganizowano śpiewający flashmob, który na pierwszy rzut oka wydawał się być bardzo spontanicznym. Anglicy witani byli przez śpiewający tłum niezupełnie przypadkowych ludzi. T-Mobile do tego celu zatrudnił 500 śpiewających tancerzy, którzy na „planie zdjęciowym” spędzili 12 godzin. Nakręcony na Terminalu 5 materiał zmontowano w 3-minutowy filmik, który bardzo szybko obiegł media.  Nie wiem jak dla Was, ale na mnie robi on wrażenie i zastanawiam się, czy coś podobnego można, by zorganizować na jakimś polskim lotnisku. 

Czytaj więcej

REKLAMA SPOŁECZNA CZYLI ZAPAŁKI O SEKSIE

05.11.2013 | 4 komentarze

Przedwczesny wytrysk, to jeden z tych męskich problemów, o których rzadko mówi się. Tymczasem, to problem co trzeciego mężczyzny na świecie i jest najczęściej występującym zaburzeniem seksualnym. Co, to oznacza w praktyce? Teorii na temat jest wiele. Według badań Journal of Medicine (maj 2005), to wtedy, gdy mężczyzna "kończy" poniżej 2 minut. Według innych źródeł o przedwczesnym wytrysku mówimy wtedy, gdy występuje  poniżej 15 ruchów frykcyjnych. Jeszcze inni uważają, że ma on miejsce wtedy, kiedy facet ma wytrysk, zanim partnerka szczytuje. Jak widać teorii jest cała masa i pewnie drugą tyle mogli by zdefiniować sami panowie. Nie da się ukryć, że jest to temat wstydliwy i większość z nas nie jest przyzwyczajona do mówienia o tym na forum publicznym. Zdaniem lekarzy, to zasadniczy błąd. Problemy na tle seksualnym nie powinny być tematem tabu ani sprowadzane do kategorii niższego szczebla, czy dyskryminacji. 


Obraz: międzynarodowa kampania informacyjna dot. przedwczesnego wytrysku

Stąd Europejskie Towarzystwo Medycyny Seksualnej (ESSM) postanowiło stworzyć międzynarodową kampanię informacyjną w celu zwiększenia świadomości na temat problemu przedwczesnego wytrysku. Kampania ma przede wszystkim przełamywać społeczne tabu, prywatny wstyd, a zwłaszcza zachęcać do dialogu z partnerem i lekarzem. Międzynarodowy projekt został zrealizowany lokalnie w krajach UE. Tutaj przedstawiam przykład kampanii hiszpańskiej, której zarówno spot reklamowy jak i billboard zobaczyłam w Barcelonie. Sama kreacja, jak i koncept reklamy są wyjątkowo proste, ale dzięki temu w oryginalny sposób został zobrazowany problem, którego dotyczy kampania. Para kochanków przedstawiona została w postaci dwóch zapałek, które wzajemnie próbują się rozpalić. Niestety, jedna z nich spala się, zanim ta druga zapłonie. Druga zapałka pozostaje nieusatysfakcjonowana i smutna. Moim zdaniem ta prosta animacja świetnie obrazuje to, co się dzieje w łóżku, gdy facet ma wspomniany problem seksualny. Bardzo podoba mi się, że bez zbędnych komentarzy, wyszukanych obrazów w dyskretny i jednocześnie zabawny sposób  kampania daje jasny przekaz: mężczyzno pamiętaj, by, to nie był tylko moment, ale byś w pełni umiał cieszyć się tą chwilą. Poniżej polska wersja spotu. 



Czytaj więcej

BIEDNA STYLISTKA ELLE

02.11.2013 | 0 komentarze

Miesięcznik Elle, to jeden z tych magazynów dla kobiet, który można zaliczyć, to tzw. klasyki prasy kobiecej. Wychowały się na nim nasze babcie, mamy, my i będą również nasze wnuczki, ale nawet największym zdarza się zaliczyć czasem wtopę. Takie jest już życie. Osobiście bardzo cenię Elle. 


Obraz: fotografia Yin Chao
Autor fotografii: Yin Chao źródło: http://www.superyinchao.com

Tym bardziej z wielkim bólem muszę przyznąć, że mnie mocno rozczarował ich konkurs "Zostań stylistką ELLE", który opierał się na stworzeniu selekcji siedmiu ubrań i dodatków dostępnych na stronie showroom.pl, a nagrodą był dzień na planie profesjonalenj sesji zdjęciowej dla ELLE. Magazyn pozycjonuje się jako "międzynarodowa, luksusowa marka dla młodych, poszukujących inspiracji kobiet." 
Obraz: billboard reklamowy konkursu Zostań stylistką ELLE
Tymczasem, kiedy patrzę na ich internetowy baner reklamujący konkurs odnoszę wrażenie, że jest to kampania społeczna rodem ZTM - chroń swoją torbę przed złodziejami albo kobiet uciśnionych, które przez swoich sknerowatych mężów nie mają się w co ubrać. Doprawdy staram się zrozumieć, co autor miał na myśli umieszczając na zdjęciu przestraszoną nagą kobiętę ściskającą z całych sił swoją wielką czarną no name torbę. Patrząc na baner nie czuć ani tego luksusu ani tej inspiracji. 

Spróbujmy, jednak na, to spojrzeć z trochę z innej perspektywy. Może nagość miała mieć znaczenie symboliczne? Może autor chciał nam przekazać, że kobieta, która chce być stylistką musi wyzbyć się wszelkich konwenansów, kompleksów i umieć poszukiwać najnowszych trendów. Sama zaś torba pozbawiona konkretnej marki ma stanowić atrybut takiej "otwartej kobiety", która niczym tabula rasa wyrusza na shopingowe łowy? A może przekaz jest jeszcze głębszy tylko niestety ja go nie dostrzegam. Czy tylko ja? 
Czytaj więcej

FESTIWAL 3D IMAGE CZYLI NOWATORSKI PROJEKT O KTÓRYM NIKT NIE SŁYSZAŁ

27.10.2013 | 0 komentarze

W zeszłym tygodniu podczas pobytu w hotelu Tripple Tree by Hilton (swoją drogą bardzo polecam) trafiłam zupełnym przypadkiem na międzynarodowy Festiwal  3D Image, który jest pierwszym w Polsce festiwalem poświęconym kinematografii w technice trójwymiarowej (stereoskopii). Został on dedykowany zmarłemu Alainowi Derobe - wybitnemu twórcy Natural Depth Metod kina 3D (pl. Naturalnej Głębi), czyli uznawanej za najbardziej bezpieczną dla ludzkiego oka percepcji 3D. Celem festiwalu poza integracją społeczności stereograferów i prezentacji najnowszych trendów w filmie 3D  była również promocja Łodzi i Polski jako istotnego miejsca w rozwoju stereoskopii na arenie międzynarodowej. Poza projekcjami filmów i teledysków, w wersjach niedostępnych w klasycznej dystrybucji można było poznać podstawy realizacji zdjęć w technice 3D, porozmawiać ze znanymi twórcami, czy np. poczuć na własnej skórze kino 5D na specjalnie przystosowanym do tego symulatorze. Wśród zaproszonych gości znaleźli się m.in. Buzz Hays (ekspert w zakresie produkcji filmów 3D), Josephine Derobe (nominowana do Oscara), Eric Deren ("Titanic", "Spiderman", "Oz - Wielki i Potężny), Shannon Benna (prezes Stereo Sisters, zrzeszającego kobiety zajmujące się realizacją filmów w trójwymiarze).


Obraz: plakat promujący Festiwal 3D Image w Łodzi

Mimo, że idea świetna, a sam festiwal obfitował w niezwykle ciekawe pokazy, warsztaty i debaty, to niestety poległ na etapie promocji. Zwykle na tego typu festiwalach filmowych sale pękają w szwach, a tu, tymczasem świeciły pustki, mimo że wejście na festiwal było całkowicie bezpłatne. Do tego, że o wydarzeniu dowiedzieli się dopiero ode mnie przyznali się nawet moi znajomi mieszkający w Łodzi. To, tym bardziej świadczy o złym nagłośnieniu tematu. Osobiście bardzo cenię inicjatywę oraz młode organizatorki, z którymi miałam przyjemność porozmawiać i mam nadzieję, że dziewczyny wyciągną wnioski na przyszłość i przede wszystkim zawalczą o większe wsparcie przy promowaniu wydarzenia. Partnerów w całym zamieszaniu nie brakuje i jestem przekonana, że jeśli festiwal zostanie bardziej nagłośniony, to w przyszłym roku będą się na niego ustawiać już kolejki, bo naprawdę warto. Drogi Panie Prezydencie miasta Łodzi - Festiwal Camerimage już straciliście. Nie pozwólcie, więc, by kolejny festiwal 'umarł" Wam już w zarodku.

Serdecznie zachęcam do odwiedzenia strony Festiwalu i wybrania się na niego w przyszłym roku. 



Czytaj więcej

E-PAPIEROS CUDOWNA RECEPTA NASTULI NA MĘSKI STYL ŻYCIA

Znane osoby mają często ogromny wpływ na opinię publiczną oraz na to, co może być trendy, a co nie. Poprzez wykorzystanie danego autorytetu możemy kształtować określone postawy i kreować pewien styl życia. Dzięki obecności autorytetu widz łatwiej wierzy w to, co mówi reklama. Wywołuje ona u niego poczucie bezpieczeństwa, zaufania i chętniej sięgamy po dany produkt z poczucia, że, skoro znana osoba coś rekomenduje, to na pewno jest to coś dobrego i wyjątkowego. Z każdą taką postacią wiąże się pewien ciąg skojarzeń i tak np. danego sportowca uwieńczonego sukcesami będziemy najczęściej utożsamiać ze zdrowym stylem życia - odpowiednią dietą, sportem i  wolnością od wszelkich uzależnień. Tymbardziej, więc zaskoczył mnie billboard przedstawiający Pawła Nastulę promującego e-papierosy firmy MildTego sportowca w zasadzie powinien kojarzyć każdy - złoty medalista olimpijski z Atlanty, dwukrotny mistrz świata,  trzykrotny Europy w judo, a obecnie uznany zawodnik MMA, czyli dyscypliny na którą przerzucił się również były strong man Mariusz Pudzianowski.  Od niego m.in. wiemy , że w przeciwieństwie do zawodów strongmanów sporty MMA wymagają nie tyle dużej siły mieśni, co ogromnej wytrzymałości i sprawności fizycznej. Dlatego jestem naprawdę rozczarowana, że sportowiec zgodził się firmować swoją twarzą markę elektronicznych papierosów, czyli używki stanowiącej zaprzeczenie zdrowego i aktywnego stylu życia. 


Obraz: billboard z Pawłem Nastulą promującym elektroniczne papierost firmy Mild

Obraz: Olaf Lubaszenko na plakacie reklamującym elektroniczne papierosy CiggerTrochę, inaczej jest w przypadku kampanii marki Cigger (producenta elektronicznych papierosów i cygar), której twarzą został Olaf Lubaszenko. Mimo, że nadal uważam, że promowanie e-papierosa jako zdrowej alternatywy jest szczerze żenujące, to przynajmniej reklama pasuje do niegrzecznego wizerunku aktora. Najzabawniejsze w tym jest to, że sam Nastula nie jest palaczem ani tradycyjnych ani elektronicznych papierosów. Dlaczego, więc zgodził się promować uzależnienie od nikotyny? Ponoć rozumie ludzi, którzy stres łagodzą właśnie nikotyną. Zdaniem sportowca, który opiera się na badaniach e-papierosy są mniej szkodliwe dla organizmu, a nawet mogą pomóc wyzbyć się nałogu tytoniowego. Jest, jednak jeden warunek. Muszą to być produkty sprawdzone takie jak te firmy Mild. Brzmi obiecująco prawda? Ciekawe tylko, co na to rada lekarska i producenci innych marek? Mnie jakoś Pan Paweł nie przekonał, a fakt, że zgodził się promować e-papierosy świadczy tylko o jego niewielkiej świadomości i wiedzy. Trudno się dziwić. W końcu w judo głównie pracują mięśnie, a nie rozum. 

Kontrakt między judoką, a marką Mild został podpisany na 1,5 roku i obejmuje promocję produktu na billboardach, w prasie, w Internecie, a także w punktach sprzedaży oraz w radiu. Warto dodać, że sportowiec jest do tego stopnia zaangażowany w kampanię promocyjną Mild, że 28 września na gali KSW 24 wystąpił w pomarańczowych barwach marki. Adam Gabryelów, przedstawiciel Grupy Chic, do której należy marka Mld przyznał, że poprzez sporty walki chce pokazać e-papieros Mild jako produkt skierowany do prawdziwych facetów. Słusznie zauważa on, że kiedyś dbanie przez mężczyzn o zdrowie i atrakcyjność było postrzegane jako niemęskie, ale te czasy odeszły do lamusa, a produkty Mild są odpowiedzią na te potrzeby. E-papierosy nie psują zapachu ubrań, nie powodują efektu żółtych zębów, nieświeżego oddechu, czy niezdrowej cery, pogorszenia kondycji fizycznej - jednym słowem palenie może być bardzo zdrowe i stanowić atut męskości. Czy, to nie brzmi komicznie? To naprawdę niesamowite jak w sprytny sposób producent papierosów przy wykorzystaniu znanej postaci zniekształcił wizerunek palenia i nadał nałogowi nowego lepszego znaczenia. Już widzę te tłumy facetów, którzy zamiast popijać Power Ride będą zaciągać się e-papierosem i śpiewać Im sexy and i know it.....

Czytaj więcej

MĘSKOŚĆ PODKRĘCONA NA MAKSA CZYLI JAK WILK ZOSTAŁ PUCHACZEM

Czy wszyscy kojarzą film "Młode Wilki"? Bo, jeśli tak, to pewnie znają aktora Jarosława Jakimowicza, który w tym filmie wcielił się w jedną z głównych i chyba swoich ostatnich wielkich ról. Rzadko pokazujący się na salonach w swojej późniejszej karierze nie miał już większych szans na wykazanie się talentem aktorskim. Śladem, więc swoch bardziej doświadczonych kolegów postanowił zostać gwiazdą reklamy i tu rzeczywiście ma szansę zostać zapamiętany na dlugo jako symbol męskiej sprawności albo wręcz przeciwnie niewydolności już nie jako wilk, ale jako złoty puchacz.


Obraz: billboard z Jakimowiczem reklamujący suplement Puchacz Gold

Wszystko zaczęło się od niewinnej propozycji zagrania w reklamie prezerwatyw, za którą Jakimowicz mógł jak donoszą tabloidy zgarnąć 200 000 zł, ale odmówił. Ponąć obawiał się drwin na salonach. Obawy, chyba jednak szybko zniknęły, bo niedawno mogliśmy go zobaczyć na billboardach kampanii reklamującej suplement diety  Puchacz GOLD, który jak głosi plakat stanowi złoty środek na męskie sprawy i zawiera wyjątkowy trójfazowy wkład. Pojęcie suplementu diety jest ostatnio modnym pojęciem i w zasadzie jest określeniem na wszystko, co nie jest lekarstwem i nie przeszło badań klinicznych. I tak Puchacz to nic innego jak tańszy odpowiednik viagry, czyli preparat dla mężczyzn, który ma na celu poprawę ich wydajności, witalności i ogólnej jakości życia (czyt. panowie mogą dłużej i nie mają problemu z dojściem). 

Swoją drogą, zastanawiam się czemu suplement nazywa się własnie puchacz. Czyżby ten gatunek ptaka wyróżniał się na tle swoich ptasich kuzynów wyjątkową aktywnością seksualną? Sprawdźmy, co mówi Wikipedia. Niestety, nie doszukałam się niczego specjalnego. Mało tego puchacz jest ptakiem rzadkim i płochliwym, ale za to największą sową świata i swój okres godowy zaczyna wcześnie. Ok, to może o to chodziło autorowi - a podobno rozmiar nie ma znaczenia? 

Warto dodać, że aktor słynie nie tylko z dobrego "puchania", ale, że lubi eksperymentować również z reklamą, bo na branżę środków poprawiających wydolność seksualną przerzucił się z branży katalizatorów. Jeszcze we wrześniu był twarzą skupu katalizatorów w Poznaniu. Rozumiem, że udział w reklamie, to świetny sposób na podreparowanie domowego budżetu, ale czy w tym wszystkim nie byłoby warto pomyśleć o swoim wizerunku? Pieniądze wydaje się szybko a niestety złe skojarzenia bolą przez całe życie. 




Czytaj więcej

FINAŁ REGAT WIELKICH ŻAGLOWCÓW CZYLI PARTY NA 2 MLN

22.10.2013 | 0 komentarze

Kiedy w drodze do Szczecina przeczytałam, że już dzień wcześniej liczba osób przekroczyła 2 mln oniemiałam z wrażenia i z jeszcze większą chęcią chciałam stać się częścią tego projektu i zobaczyć ten tłum w realu, zwłaszcza że podczas ostatniej wizyty w Szczecinie odniosłam wrażenie, że to raczej bardzo ciche i zielone miasto. Na efekt zaskoczenia nie  trzeba było długo czekać – najpierw niezwykłe doświadczenie  z obejrzenia kolorowej i rozszalałej parady uczestników regat, a potem spojrzenie na port z Wałów Chrobrego na te właśnie milion „istnień” krzątających się między żaglowcami lub bujających się przy dźwiękach ze sceny Radia Eska. Powiedziałam, wtedy – Wow! Już dawno nie widziałam czegoś takiego w Polsce. Te mieniące się wszędzie kolory odbijające od tafli wody, krzątający się ludzie, migające światła wesołego miasteczka i flagi masztowców robiły niesamowite wrażenie. To był ten moment, kiedy poczułam, że warto było wysiedzieć w pociągu te 7 godzin. 


Obraz: Finał Regat Wielkich Żaglowców, port i Wały Chrobrego

Jeśli ktoś jeszcze się nie domyślił, to ten ogromny rozwód jest nad  Finałem Regat Wielkich Żaglowców (TSR), którego organizatorem i gospodarzem po raz drugi było miasto Szczecin. Impreza miała miejsce w dniach 3-6 sierpnia 2013 r.  i przypłynęło na nią ponad 100 największych i najpiękniejszych jednostek na świecie. 

Obraz: piwny ogródek Tyskie na Finale Regat Wielkich Żaglowców w Szczecinie

Głównym sponsorami zaś całego zamieszania byli producent piwa Tyskie i Bank Polski. Swoją drogą, jest to całkiem dobry przykład sponsoringu, bo wiadomo, że bez piwa w Polsce żadna impreza nie odbędzie się i za  coś, to piwo trzeba też kupićJ Bez względu na to czy ktoś jest fanem tego browaru, czy wręcz przeciwnie uważa Tyskie za „siki”, to podczas finału musiał się z nim zaprzyjaźnić, bo tylko tej kompanii piwowarskiej trunków można było zasmakować w specjalnie na tą okazję przygotowanych namiotach z barami. A, że w ofercie browaru znajdują się popularne Lech, Żubr, Redds, czy Książece to każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Swoją drogą, nie wiem, czy słyszeliście, że Kompania Piwowarska należy w 100% do międzynarodowego koncernu piwowarskiego SABMiller,  historia piwa Tyskie siega co najmniej 1613 r. co czyni je jednym z najstarszych piw w Polsce.  

Wróćmy jednak do tematu samej imprezy i Szczecina, które jako kolejne miasto z Pomorza odebrało ode mnie pochwałę za sztukę organizowania imprez na światowym poziomie. O imprezie i czekających na niej atrakcjach wiadomo było chyba w całej Polsce. W samej tylko Warszawie nie brakowało billboardów zachęcających do odwiedzenia Pomorza. 


Obraz: ja z załogą meksykańską podczas Finału Regat Wielkich Żaglowców w Szczecinie

Komunikat kampanii outdorowej dodatkowo wzmacniała kampania radiowa i telewizyjna. W zasadzie ciężko byłoby, to imprezę przeoczyć. Gdyby, jednak komuś podczas pobytu w Szczecinie miałoby się to udać w okolicach dworca, jak i na całej długości Wałów Chrobrego były rozwieszone głośniki, z których na bieżąco płynęły informacje o tym, co się aktualne dzieje w miasteczku regatowym i dlaczego warto być tam i teraz. Jak dla mnie super opcja, bo nie trzeba wytężać słuchu, męczyć wzroku wertując foldery, czy też biegać po Wałach w poszukiwaniu tego co nas interesuje. Wiadomo, że główną atrakcją były te niesamowite trzy, cztero i dwumasztowce, ale poza tym miasto zadbało o cały szereg innych atrakcji dla wszystkich grup wiekowych. Liczne koncerty polskich i światowych gwiazd muzyki, warsztaty i zajęcia dla dzieci, pikniki, jarmarki oraz zawody sportowe każdego dnia gościły zwiedzających od rana aż do późnych godzin nocnych. W 100% podzielam opinię żeglarzy, turystów i mieszkańców, że Szczecin sprawdził się w roli gospodarza idealnie. Teren na Łasztowni i Wałach Chrobrego doskonale nadaje się to tego typu przedsięwzięć, świetnie eksponując urodę żaglowców. Muszę przyznać, że mile też byłam zaskoczona cenami jedzenia, picia i pamiątek na terenie TSR. Nie były one wygórowane jak na tego typu imprezę i można było spokojnie za stosunkowo niewielkie pieniądze najeść się i jeszcze kupić sobie pamiątkową figurkę latarni morskiej do postawienia np. w łazienceJ


Bardzo też podobała mi się „akcja zbierania stempelków”. Na terenie Wałów można było w różnych miejscach nabyć zestaw zdjęć największych żaglowców za jedyny 5 zł lub mapę z obrazkami za 15 zł i następnie zebrać na nich oryginalne pieczątki z wizerunkiem danego statku postawione osobiście przez członków poszczególnych załóg. W wersji free można było w tym celu wykorzystać rozdawany w punkcie informacji folder z opisami żaglowców. Nie wiem jakie jest Wasze zdanie, ale według mnie Finał 2013 można spokojnie uznać za jedną z największych i jedną z najbardziej udanych imprez plenerowych tego roku w Polsce.


Obraz: zestaw zdjęć największych żaglowców na Finale Regat Wielkich Żaglowców

Na koniec pochwalę jeszcze szczecińską inicjatywę zdjęcia 360 stopni. Wiadomo, że najlepszym nośnikiem promocji są sami jej uczestnicy – ich opinie i przede wszystkim zdjęcia, które krążą później w sieci. Stąd też uważam, że pierwsza w Polsce instalacja zbudowana z 70 aparatów, dzięki, której za free każdy uczestnik imprezy mógł sobie na pamiątkę zrobić zdjęcie 360 stopni była w 100% trafionym pomysłem. Ale, o co chodzi? Przy ul. Admiralskiej na Wałach Chrobrego powstał specjalny namiot, w którym każdy mógł sobie zrobić trójwymiarowy film stworzony z fotografii, a potem przy użyciu specjalnego kodu pobrać ze strony www.szczecin.eu i podzielić się nim ze znajomymi. Zdjęcia 360° oparte są na systemie połączonych lustrzanek, wykonujących zdjęcie obiektu w tym samym czasie. 70 aparatów jednocześnie rejestruje obraz w technologii HD z równo oddalonych punktów umiejscowionych na specjalnej konstrukcji. Wszystkie wykonane zdjęcia są łączone w całość i animowane. Dodatkowym elementem promocyjnym dla miasta było wręczenie każdemu modelowi tabliczki promującej miasto Szczecin.

Obraz:namiot przy ul. Admiralskiej gdzie robiono zdjęcia 360 stopni




Czytaj więcej